carac

Cristeros. Miłość i Krzyż

Cristeros. Miłość i Krzyż - Stefan Incze Jeśli książka ma uwieść czytelnika, ewentualnie go opluć lub sponiewierać psychicznie, to - dzięki Bogu - niczego takiego u węgierskiego Jezuity, ojca Béli Bangha (pseudonim literacki Stefan Incze) czytelnik nie znajdzie. Być może nie zachwyci go też styl pisania i znudzi przewidywalność fabuły… Niemniej, uważam że po książkę sięgnąć warto. Bo to przede wszystkim książka o miłości. Tej miłości, która każe mężczyźnie patrzeć na kobietę nie przez pryzmat zwierzęcej popędliwości i pożądania, zaspokojenia zmysłów - lecz takiej miłości, która zmusza go do stawania się godnym tego uczucia, do bycia lepszym, bardziej ludzkim niż zwierzęcym. Do miłości w wymiarze duchowym, eterycznym. Orgii zmysłów przeciwstawiona zostaje miłość uszlachetniająca, wywyższająca, a przede wszystkim pełna szacunku i uczuć wyższych. Jest w tej książce coś trudnego do zdefiniowania, coś, co podciągnąć można pod świadectwo wiary w Chrystusa. A dzieje się wszystko w latach 1926-1929 w Meksyku, kiedy to tzw. Chrystusowcy (Cristeros) stawiają opór zbrojny przeciw rządowi rewolucyjnemu, który chce udowodnić całemu światu, że „wystarczy zabić księży i zburzyć kościoły, aby raz na zawsze wyzwolić człowieka od wiary – opium dla ludu”. Czy jednak człowiek może/potrafi żyć bez wiary? Jeśli tak, to kim/czym się staje? (Warto sięgnąć w tym kontekście do "Mocy i chwały" Grahama Greene.) Przy okazji autor zwraca uwagę na manipulację, której ludzie władzy dopuszczają się „dla dobra ogółu" na społeczeństwie, tłumacząc swe najohydniejsze zbrodnie wyższą koniecznością. Książka nawiązuje również do OBJAWIENIA W GUADALUPE. Polecam zwłaszcza tym, dla których życie bez wiary to życie pozbawione sensu. Niedowiarkom również - "ku pokrzepieniu".

Dom Róży. Krýsuvik Kołysanka dla wisielca

Dom Róży. Krýsuvik Kołysanka dla wisielca - Hubert Klimko-Dobrzaniecki Po przeczytaniu książki „Bornholm, Bornholm” Dobrzanieckiego z ciekawością sięgnąłem po wydany w 2013 przez „Znak” zbiór trzech opowieści tegoż autora. W skład tego zbioru wchodzi: wydany w 2006 dyptyk islandzki „Dom Róży. Krýsuvik” oraz wydana w roku 2007 „Kołysanka dla wisielca”. Wszystkie te opowieści łączy jedno – miejsce. O Islandii jednak nie jest tu zbyt wiele. Trudno też na podstawie tych opowieści dowiedzieć się czegoś o samych mieszkańcach tej wyspy. Dowiadujemy się jedynie, że są bardziej podatni na depresję. I może jeszcze to, że kobiety tam są „łatwe”, a islandzki homoseksualizm jest bardziej „rozpasany” niż w innych krajach „(…) bo to kraj, gdzie narkotyki są tańsze od alkoholu, kraj, gdzie nie ma prostytucji, bo w sobotę w każdej knajpie można wyłowić sztukę za piwo, wyrżnąć ją gdzieś w kibelku bez gumy.(…)” Dobrzaniecki mieszkał tam 10 lat, więc wie, o czym pisze – a pisze bez pruderii, wprost. Można doszukać się w tekście wątków biograficznych. I tak, autor "Domu Róży" pracując w domu starców widział na własne oczy cały „ten cyrk” - narrator opowieści wydaje się więc jak najbardziej wiarygodny. Nie szokuje jednak już tak bardzo (być może w roku wydania dyptyku była to rzecz nie do pomyślenia), bo teraz już wiemy choćby z TV lub „kolorowej” prasy, co się dzieje z „dziadkami”, nikomu już niepotrzebnymi. „Dom Róży” może więc być odbierany dziś jako taki „samograj” – nie mniej czytelnik zaznajomiony jest z tym, czym może być DOM. Właśnie, dom – dom starców, dom wariatów, Dom Boży, wreszcie dom rodzinny. O domu rodzinnym jest nowela „Krýsuvik”, stylizowana być może na sagę skandynawską. (Nie jestem przekonany, co do sposobu prowadzenia narracji – nie trafia do mnie). Jest to dość smutna opowieść o rybaku, człowieku prostym, kierującym się w swym życiu przede wszystkim rozsądkiem, człowieku, który postanawia zbudować dom rodzinny. Taki dom, gdzie mógłby zamieszkać z żoną, by razem z nią cieszyć się owocami ich miłości – dziećmi. Autor burzy jednak tę sielankę jakby chciał powiedzieć, że życie to nie bajka, gdzie wszyscy się kochają i żyją długo i szczęśliwie. Z całej „trylogii islandzkiej” najbardziej cenię „Kołysankę dla wisielca”. Jest to „kołysanka” dla Szymona Kurana (http://pl.wikipedia.org/wiki/Szymon_Kuran) – muzyka, który wyemigrował z kraju i tworzył w Islandii. Takim uwieńczeniem jego twórczości jest skomponowane przez niego Requiem, raczej mało popularne, o którym Dobrzaniecki z dużym wyczuciem i wrażliwością pisze: „To była muzyka dwubiegunowa, podobnie jak osobowość Szymona, jak jego przypadłość bezlitośnie sklasyfikowana w leksykonie chorób psychicznych. Wielkie wzloty i wielkie upadki. Euforia i depresja, plus i minus, góra i dół, życie i śmierć. W nim i w tej muzyce nie było środka. Morze i zaraz góry. Tak jak w krajobrazie Islandii. Nie było płaskości, średniactwa, nudy, drobnomieszczańskiego spokoju. Szymon żył i dzięki temu ta muzyka była autentyczna, tak autentyczna jak jego życie. Prawdziwe, niezakłamane, przeżyte.” Książka na pewno warta uwagi - polecam.

Bornholm, Bornholm

Bornholm, Bornholm - Hubert Klimko-Dobrzaniecki „Bornholm, Bornholm” – ogólnie rzecz ujmując – jest o braku porozumienia między bliskimi, a co za tym idzie – niemożności nawiązania relacji pełnej ufności i wzajemnego zrozumienia. A jest to wręcz konieczne, by np. mąż po iluś latach małżeństwa nie musiał zastanawiać się nad sensem przysięgi małżeńskiej lub syn w odpowiednim momencie miał w sobie dość odwagi, by stanowczo zaprotestować przeciw nadopiekuńczości matki. Jeśli w takich relacjach jak: mąż – żona lub matka – syn brakuje ufności i wzajemnego zrozumienia, a jedna ze stron jakby odgórnie, a więc w sposób naturalny staje się stroną ważniejszą, dominującą – autor książki zdaje się nas przekonywać, że wówczas człowiek może stać się taką samotną, odizolowaną od reszty świata wyspą. Niby żyje, ale ciągle ma wobec innych jakiś żal, jakieś nieuzasadnione pretensje. Skupiony wyłącznie na sobie nie widzi potrzeb innych, jeśli nawet dostrzega, to nie robi nic, skoncentrowany na zaspokojeniu potrzeb własnych. Totalna izolacja, chciałoby się powiedzieć - wyspowość. Spotkałem się z zarzutami wobec książki (zwłaszcza czytelniczki czują się urażone), że autor „nienawidzi” kobiet i że wszystkie kobiece postacie są albo z lekka ułomne (żona Brucknera) albo skąpe, niewierne i czekające na okazję, by zdradzić. Druga sprawa to pojawiające się sceny erotyczne i ich dość szczegółowy opis. Mamy więc gwałt na żonie, masturbację matki podglądanej przez syna, czy np. kopulującego „na ręczniku” dyrektora szkoły z sekretarką: „— Pośpiesz się, nie mogę zbyt późno wracać do domu, nie chcę, żeby mnie mąż o coś podejrzewał. Na biurku czy przy szafie? — zapytała. — Na biurku — odparł ochoczo dyrektor. — Połóż ręcznik. — Po co? — zapytała. — Szybko, jest w szafie. To jest bardzo stare biurko i nie moje, własność szkoły. Dwóch poprzednich dyrektorów przy nim zmarło. Nie będziemy go bezcześcić, a poza tym nasienie zostawia ślady, jest bardzo żrące. A my nie chcemy żadnych śladów, prawda? — zapytał zalotnie Kruger. (…)”. No cóż, chciałoby się powiedzieć, że takie mamy czasy i bez seksu „ani rusz”, czy to w filmie, czy w literaturze. Zdaje się, że współczesny czytelnik lubi mieć wszystko podane na tacy… Mnie to trochę raziło, lecz… idźmy dalej. Ogólnie, książka mi się spodobała, zaciekawił mnie język, dobór słów, zdań i gdzieś ukryta wśród nich nutka ironii. Polecam jak najbardziej raczej dorosłemu czytelnikowi. A Czytelniczki… ? Seksualność została wpisana w naszą naturę i czy tego chcemy, czy nie – ma ona duże znaczenie w naszym życiu. Co prawda, coraz rzadziej się mówi o kobiecości czy męskości, bo coraz częściej podnosi się problem trzeciej płci, to jednak – nie stając w obronie książki – zachęcam Panie do lektury, by same się przekonały, czy pojawia się tu „problem” nienawiści do kobiet :)

Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya

Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya - Jacek Dehnel Zasługą książki jest to, że z większą uwagą spojrzałem po jej lekturze na malarstwo Francisca Goi. Życie artysty nie jest zbyt szczegółowo znane, krąży wokół tej postaci dużo domysłów, łącznie z jego rzekomym homoseksualizmem, a budzący sporo kontrowersji cykl "pinturas negras", gdzie dominuje okrucieństwo, przerażenie i strach, na pewno do pięknych nie należy. Książka nie jest opracowaniem naukowym, popartym dowodami, więc trudno byłoby doszukiwać się w niej wskazówek do interpretacji tego cyklu. Jeśli natomiast potraktować ją jako fantazję literacką, którą cechuje pewna dowolność oraz ogranicza jedynie bogactwo wyobraźni samego autora, to jak najbardziej warto po „Saturna” sięgnąć, choćby po to, by „odczuć” głębiej i pełniej to, co powstało na ścianach "Domu Głuchego". Książka jest skonstruowana tak, by czytelnik mógł niemal równolegle poznawać myśli i śledzić poczynania ojca oraz syna (potem i wnuka). Raz mówi Francisco (ojciec), żali się na swój los, na żonę i na swego jedynego syna Javiera, by za chwilę do głosu mógł dojść Javier, który przedstawia z kolei swój punkt widzenia w opisanej wcześniej sprawie. Zmusza to niejako czytelnika do opowiedzenia się po którejś ze stron, do bycia świadkiem walki toczonej między ojcem a synem. W dalszej części „Saturna” do głosu dochodzi jeszcze wnuk Francisco – Mariano, syn Javiera, który staje po stronie dziadka, ojcem zaś (tą „żałosną kluchą )– takie odnoszę wrażenie – gardzi. Pojawiają się również dość sugestywne interpretacje poszczególnych „czarnych obrazów” (których fotokopie dołączono do książki), np. „Starcy”, „Kobieta z nożem”, co znacznie wzbogaca czytelnicze doznania. Dehnel sugeruje, że autorem „czarnych obrazów” jest Javier, malarz, „który nie namalował ani jednego obrazu”. Kto wie, historia napisana wiarygodnie, a narastająca w Javierze nienawiść do świata i do ludzi mogła jak najbardziej znaleźć ujście w tak nasyconym brzydotą i okrucieństwem akcie twórczym.

Taksim

Taksim - Andrzej Stasiuk Gdzieś przeczytałem, że nad „Taksimem” pisarz pracował aż 10 lat. Brzmi to dość niewiarygodnie, zważywszy, że książka nie wydaje się jakoś specjalnie skomplikowana, ot - zaznajamia nas z losem dwóch życiowych nieudaczników, którzy wegetują gdzieś między Rumunią, byłą Jugosławią i Węgrami. Narratorem jest Polak, który z jakichś niejasnych powodów wyemigrował z ojczyzny i jako kierowca wraz z poznanym już na obczyźnie Władkiem tworzy zespół trudniący się handlem używanymi rzeczami. Władek to typ dość złożony i w zasadzie to on pcha akcję książki do przodu – ciągle coś opowiada, dzieli się ze swym milczącym zwykle towarzyszem Pawłem swoimi przemyśleniami na temat handlu i w ogóle życia, jak było kiedyś, a jak jest obecnie. A jest – chciałoby się rzec za Stasiukiem – chu****. Trzeba przyznać, że wulgaryzmów jest tutaj całkiem sporo. W prostych, krótkich zwykle zdaniach, naśladujących mowę potoczną jest sporo ekspresji i dosadności, co może być dla niektórych czytelników atutem tej prozy. W końcu to Stasiuk. Jeśli potrzebujesz, drogi Czytelniku, czegoś nieskomplikowanego i szczerego, i chciałbyś czytając pośmiać się czasem, i czasem się zadumać nad życiem, nad rzeczywistością, w której każdy chce „konsumować”, w której hipermarket ze swą tandetą pozwala choć na chwilę być szczęśliwym – taka podróż rozpadającym się włoskim ducato u boku Władka i Pawła może być niezłą przygodą. Polecam!

Proszę bardzo

Proszę bardzo - Anda Rottenberg Trzeba sobie powiedzieć już na początku, że książka Andy Rottenberg „Proszę bardzo” to nie fikcja literacka, to rzeczywistość opisana przez osobę o silnej indywidualności, idącej od dzieciństwa „pod prąd”. Jako krytyk sztuki i kuratorka wielu wystaw budzących kontrowersje (zezwala na takie instalacje jak „Naziści”, „Berek” czy też „Lego. Obóz koncentracyjny”) - próbuje „poruszyć” odbiorców, gdyż – jak sama w którymś z wywiadów stwierdza – „Misja sztuki w dniu dzisiejszym nie polega na tym, żeby nam dostarczać przyjemności, tylko żeby nami poruszać i może budzić refleksje”. „Proszę bardzo” nie dotyczy jednak sztuki, nie jest zaplanowaną szczegółowo wystawą, która ma poruszać – to raczej próba refleksji, tym razem jednak nad własnym życiem. Skąd decyzja o „pokazaniu” prawdy o sobie? Będąc osobą publiczną na dość wysokim stanowisku (dyrektor Galerii Zachęta) siłą rzeczy uwikłana jest w politykę i z racji „niesmacznych prowokacji” – a tak odbierają organizowane przez nią wystawy niektórzy poruszeni (zgorszeni?) posłowie – zostaje „wykluczona”… z gry. Czy słusznie? Parafrazując stwierdzenie autorki tych prowokacji: „nie jest tak, że każdy wie, co widzi, tylko każdy widzi, co wie…”, chciałoby się dopowiedzieć: więc… proszę bardzo, niech każdy najpierw się dowie czegoś o mnie i moim życiu… Zachęcam do lektury, do poznania niełatwej drogi życiowej pani Andy Rottenberg, osoby, która – będąc córką polskiego Żyda i Rosjanki - postanawia opisać i uporządkować na kartkach tej książki sprawy dotyczące własnego pochodzenia i dzieciństwa oraz odnieść się do problemów, z jakimi się zetknęła z racji samotnego wychowywania swego syna, Mateusza. To spojrzenie kobiety dojrzałej i mądrej życiowo, do tego świadomej siebie, swoich cech charakteru, twardej, ale też ciepłej, wrażliwej… W każdym razie, jeśli chodzi o mnie – dzięki „Proszę bardzo” widzę znacznie więcej. A chyba oto chodzi – by widzieć coraz więcej. Polecam!

Sindbad powraca do domu

Sindbad powraca do domu - Sándor Márai, Teresa Worowska Ponieważ ta niewielka objętościowo książeczka dotyczy ostatniego dnia życia Gyula Krúdy - pisarza, którego Sándor Márai bardzo cenił, dobrze by było przed tą lekturą zapoznać się choćby z "Sindbadem" tegoż autora. Łatwiej, być może, dostrzegłoby się wówczas starania i kunszt pisarski Sándor Márai, naśladującego styl Gyula Krúdy; długie, rozbudowane zdania, często złożone wielokrotnie, dotyczące życia Węgrów, ich upodobań kulinarnych i nie tylko. Książeczka (dla mnie) ciekawa i jeśli jej celem było wzbudzić we mnie zainteresowanie Węgrami - cel został osiągnięty. I nie chodzi o to, że po jej przeczytaniu poczułem nieodpartą chęć zjedzenia np. gulaszu czy leczo lub skosztowania któregoś z win węgierskich... Jakoś lepiej i pełniej odczytuję znane chyba wszystkim powiedzenie: "Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki". Polecam zwolennikom prozy Sándora Márai, choć akurat tę książkę uważa się za najlepszą książkę "napisaną" przez Gyula Krúdy. No i oczywiście wszystkim madziarofilom :)

Pierwsza miłość

Pierwsza miłość - Sándor Márai „Dziś zastanawiałem się nad tym, jak marny jest człowiek. Zarówno w psie, jak i w Bogu szuka sposobności, aby móc kogoś kochać. (…) Nie można żyć bez miłości”. Jeśli człowiek do życia potrzebuje miłości, to rzeczą naturalną jest, że jej szuka. Może się zdarzyć, że zauważa ten fakt dość późno, i zaczyna się wtedy zastanawiać, gdzie popełnił błąd, w którym momencie życia tę oczywistą prawdę przeoczył lub zlekceważył? Zwykle dotyczy to mężczyzn, bo to mężczyźni potrzebują znacznie więcej czasu niż kobiety, by wydorośleć, by dostrzec prawdziwą wartość życia – miłość. Gáspár – główny bohater „Pierwszej miłości” - zaczyna w pewnym momencie swego ponad pięćdziesięcioletniego życia odczuwać dziwny niepokój. Dochodzi do wniosku, że czegoś mu brakuje, choć ma pracę, jakieś stanowisko i funkcjonuje na nienajgorszym poziomie. Właśnie, f u n k c j o n u j e… Czy to jest życie, czy może „grzeszna samotność”? "Ale jest też inna samotność: ta parszywa. Która wysypuje się na skórze jak świerzb, widać ją w spojrzeniu, w chodzie, w ruchach. Którą dostrzegają wszyscy: kobieta, dziecko, kelner. I wszyscy trzymają się z dala od kogoś takiego. To człowiek niebezpieczny. Żyje poza stadem. Dlaczego? Nieborak, możliwe, że nosi w sobie chorobę zakaźną, żyje sam. Raczy pan to zrozumieć? SAM! Bez kobiety, bez dzieci. Bez przyjaciela. Bez służącego. Bóg wypluł go ze swoich ust. To pan, to jestem ja. Co się stało, czym zawiniliśmy?" Książka ma charakter spowiedniczy i czytelnik ma możliwość bycia świadkiem „pierwszej miłości”, zarówno samego profesora (Gáspár uczy łaciny w gimnazjum), jak i pewnego sekretarza, pana Timára, który po prostu uciekł przed nią, czy też żonatego Mészárosa, który się zakochuje w pewnej wdówce… Trzy jakże różne typy męskie z syndromem… Piotrusia Pana. Wniosek: jeśli się zakochać, to lepiej wcześniej niż za późno. Bo – jakby nie było – pierwsza miłość to przecież stan przejściowy, coś co powinno się zdarzyć w odpowiednim czasie. Jest wtedy szansa, że życie nabierze odpowiedniego kształtu. Czym człowiek starszy, tym skutki tego „stanu przejściowego” mogą okazać się bardziej niszczące. W skrajnym przypadku może się okazać, że bez …. siekiery ani rusz.

Skrzywdzeni i poniżeni

Skrzywdzeni i poniżeni - Fiodor Dostojewski Z punktu widzenia współczesnego czytelnika książka ta, napisana ponad 150 lat temu, może wydać się zbyt sentymentalna – chyba nie ma w niej postaci, która by nie płakała: łzy płyną, tryskają, błyszczą w oczach, dławią, są wycierane, są też i tłumione, wreszcie – te gorzkie – powodują spazmy lub – te słodkie – uśmiech. I – co dziwne – nie są to łzy ukradkowe, jakby wstydliwe, lecz jak najbardziej otwarte, zbiorowe; płacze się w towarzystwie, w czasie rozmowy, ze szczęścia lub z bezsilności… Dziś, wiadomo, taka „łzawość” to raczej przejaw słabości, ale wtedy… Dostojewski – po czterech latach katorżniczej pracy – zostaje w stopniu szeregowca wcielony do służby, by jeszcze sześć lat być pod nadzorem. Ale już może pisać, wreszcie może przelać na papier swoje myśli, uczucia, znów może tworzyć i – co wydaje się jak najbardziej naturalne – pragnie sukcesu nie mniejszego od tego, który przyniosła mu napisane przed katorgą debiutancka powieść „Biedni ludzie”. Tak się jednak nie stało – powieść została przyjęta wówczas chłodno, zresztą i teraz uważa się ją za „słabą”. Na przykład, u Stanisława Cat-Mackiewicza „Dostojewski” czytamy: „(…) to niewątpliwie najsłabsza powieść Dostojewskiego, napisana wyraźnie w tych chwilach jego życia, w których geniusz chwilowo go opuścił, a Dostojewski pozostał sam na sam ze swoimi kompleksami: z maniackim widmem małej dziewczynki (…). Drugi kompleks (…) to jego sentymentalny masochizm (…)” [str. 73](1) Czy tak jest istotnie? Może należy się zastanowić nad tym, co właściwie się stało z Dostojewskim na katordze? Dlaczego „wraca” do swych młodzieńczych fascynacji literaturą romantyczną? Dlaczego tworzy bohaterów „jak jaki Schiller”? Jeśli dopuścić do głosu nie narratora (który tak jak Dostojewski jest pisarzem, ba! odniósł nawet jakiś tam sukces i – jak Dostojewski - przeżywając zawód miłosny jest gotów być posłańcem noszącym listy między ukochanymi), ale niech mówi ten ironizujący „antybohater”, który krzywdzi i poniża (mowa o księciu) – to kto wie, czy mamy do czynienia z „sentymentalnym masochizmem”. Dostojewski zdecydowanie „panuje” nad swym utworem. Nie może więc być mowy o „kompleksie”. „(…) przecież Alosza odbił panu narzeczoną, wiem o tym, a pan, jak jaki Schiller, daje się za nich ukrzyżować, wyświadcza im przysługi, omal że jest u nich na posyłki... Niech mi pan wybaczy, mój drogi, ale przecież to jakaś marna zabawa we wzniosłe uczucia... Jak się to panu nie naprzykrzy, doprawdy! Aż wstyd! Ja bym, zdaje się, na pańskim miejscu umarł ze zgryzoty, a co najważniejsze: wstyd, wstyd! (…)". I trochę później, w miarę upijania się, jeszcze dobitniej: "Zresztą chciałem panu wyjaśnić, że posiadam pewną cechę charakteru, której pan jeszcze nie zna: nienawiść do wszystkich tych nędznych i nic niewartych naiwności i idylli, i jedną z najbardziej pikantnych przyjemności było dla mnie zawsze początkowo przystosować się do tego, wpaść w ów ton, ugłaskać, dodać otuchy jakiemuś wiecznie młodemu Schillerowi, a potem nagle od razu wystrychnąć go na dudka; zdjąć maskę, uduchowioną twarz wykrzywić w grymas, pokazać mu język, właśnie w chwili, w której najmniej się tego spodziewa. Pan tego nie rozumie, panu się to wydaje wstrętne, nieszlachetne, prawda?” [str. 951](2) Katorga otwiera Dostojewskiemu oczy na ludzką krzywdę i na ludzi poniżonych. A że każdy człowiek pragnie miłości, nawet najzatwardzialszy zbrodniarz – właśnie miłość, ta schillerowska (wyidealizowana), ale też i ta rodzicielska pełna poświęcenia – staje się tematem jego powieści. Dostojewski z niespotykaną wcześniej odwagą i w sposób bardzo realistyczny przedstawia to, co w życiu najstraszniejsze, tym samym demaskuje i piętnuje nawet najmniejszy przejaw zła. Miłość zawsze domaga się poświęceń, jakiejś ofiary, stąd nieodłącznie towarzyszy jej cierpienie. Skrajnym „przypadkiem” takiej miłości jest miłość z litości. I właśnie tak pokochała Natasza: "Ona może pokochała go - jakby to powiedzieć? - jakby z litości. Wspaniałomyślne serce może pokochać z litości". [str. 939](2) I tak się zastanawiam teraz nad tym potokiem łez, który dość wartko płynie na stronach tej powieści – czy przypadkiem łzy nie mają tu mocy oczyszczającej? Czy ludzkie serce, to czujące i to wrażliwe może pozostać obojętne na widok krzywdy, na widok ludzkich łez? Dla kogo ta „słaba” książka? Raczej dla tych, dla których łzy, to nie przejaw słabości, lecz oznaka tego, że jeszcze cokolwiek czujemy… (1) Stanisław Mackiewicz Cat „Dostojewski” Instytut Wydawniczy PAX, 1979 (2) Fiodor Dostojewski „Dzieła wybrane” tom II, P.I.W., 1984

Moc i chwała

Moc i chwała - Graham Greene "Otóż faktem jest, że człowiek nie staje nagle przed wyborem jednej z dwu dróg postępowania: dobrej i złej, ale dostaje się w pułapkę". Ksiądz też człowiek. Zdarza się, że popełnia grzechy śmiertelne, że kapłaństwo to również kariera, sposób na w miarę lekkie życie, o ile lud bogobojny, ciemny... Graham Greene ukazuje nam CZŁOWIEKA będącego księdzem, który z powodu prześladowań KOŚCIOŁA, jakie miało miejsce w Meksyku (1926-1934) jest zmuszony do ukrywania się, do ucieczki przed "prawem". Jest to postać rozdarta, świadoma swych słabości, zdająca sobie sprawę ze swej pychy, ze swej ludzkiej, grzesznej natury. Można odnieść wrażenie, że CZŁOWIEK ów - znajdując się w tej swoistej pułapce - nadal próbuje "odgrywać" rolę księdza. Spowiada, odprawia mszę, udziela chrztów, bo tego oczekuje od niego prosty, biedny lud. Być może w oczach tych ludzi, w których zakorzeniona została WIARA, staje się, mimo słabego i grzesznego ciała - kimś pełnym mocy i godnym chwały. Jednak czy taka "moc i chwała" nie jest złudzeniem, czymś pozornym, czymś, na czym raczej nie powinniśmy się opierać przy wyborze własnej drogi postępowania?

Sedno sprawy

Sedno sprawy - Graham Greene Nie jest łatwo być osobą odpowiedzialną… „Sedno sprawy” można odczytać, tak jak każdą dobrą książkę, na wiele sposobów. Ze względu na złożoność problematyki trudno wskazać jednoznacznie, co w tej powieści jest tytułowym sednem sprawy. Graham Greene akcję swej powieści umieścił we Freetown, stolicy Sierra Leone, w małej brytyjskiej kolonii w Afryce Zachodniej, gdzie sam jako pracownik brytyjskiego wywiadu pracował przez jakiś czas w charakterze oficera policji kolonialnej. Już od pierwszych stronic można wywnioskować, że klimat tam panujący dla ludzi białych jest wyjątkowo niekorzystny – wysoka średnia temperatura i duża wilgotność powietrza sprzyjają częstym atakom febry i przyczyniają się ogólnie do złej kondycji psychicznej osób, które tam zamieszkały. Od piętnastu lat mieszka tam major Henry Scobie, 53-letni oficer, odpowiedzialny m. in. za bezpieczeństwo lokalnej społeczności. Pomijany przy awansach, nie odbiera tego jako osobistą porażkę, ceni sobie spokój i nie dba o jakieś specjalne wygody dla siebie. Inaczej jest z jego żoną, Luizą, która będąc „lokalną intelektualistką” chciałaby błyszczeć na spotkaniach w klubie jako żona komisarza. Jakim są małżeństwem? Mieli córkę, która umarła mając dziewięć lat. Luiza jest gorliwą katoliczką, dla niej Scobie - by mogli zawrzeć sakrament małżeństwa - staje się również katolikiem. Czy to wystarczy, by być szczęśliwym? Okazuje się, że nie. Zdaje się, że tych dwoje ludzi po iluś latach bycia razem dobrze poznało swoje role i dla spokoju i bezpieczeństwa „odgrywa” je przed sobą. Luiza narzeka na swój los, Henry stara się „dać szczęście” tej kobiecie, z której coraz więcej osób drwi… Być może, gdyby został komisarzem, a jego pobory by wzrosły – może wtedy łatwiej byłoby im żyć razem. Tak się jednak nie stało, Luiza zostawia męża i wraca do Anglii. Scobie, by zdobyć pieniądze na jej podróż, zmuszony jest do wzięcia pożyczki od miejscowego „biznesmena” Yusefa. (Postać Yusefa w moim odczuciu nadaje powieści dodatkowy wymiar; Greene wprowadza tego antybohatera, by wskazać czytelnikowi możliwość wyboru innej drogi niż ta, którą stara się podążać Scobie. Znakomita scena, gdy to Scobie zwierza się ze swego problemu z Alim, a Yusef obiecuje się tym zająć – bardzo wyraźnie nawiązuje do wielkich powieści Dostojewskiego i ich polifoniczności). I w tym momencie przechodzimy do sedna. Scobie w swoim postępowaniu czysty jak kryształ, unikający kłamstw, nieugięty i czujący się odpowiedzialnym za innych zostaje sam. Wreszcie ma spokój, którego tak pragnął. Luiza jest daleko, prawdopodobnie szczęśliwa, a on może poświęcić się swojej pracy i temu, co nadaje sens jego życiu – kroczyć drogą prawdy. I tu pojawia się inna kobieta, dryfująca przez czterdzieści dni na pełnym morzu z garstką rozbitków. Młoda, wyniszczona, z albumem znaczków pocztowych zaciśniętym w ręce. Pojawia się, by Scobie mógł się nią zaopiekować. By Scobie mógł przyjąć ją do swego serca. (Podejrzewam, że czterdzieści dni też ma tu swoją wymowę; jeśli odnieść się do życia Jezusa i Jego czterdziestu dni na pustyni – Syn Boży wraca do ludzi, by ich nauczać, by wskazać wierzącym w Niego drogę do Prawdy.) Scobie poświęca Boga, którego przyjął za sprawą Luizy, na rzecz szczęścia, które doświadcza z młodszą od niego o ponad trzydzieści lat kobietą. To ona, Helena, będąc szczęśliwą sprawia, że Henry czuje się również szczęśliwy. Jednak, czy jako mężczyzna żonaty, ma prawo do tego szczęścia? Scobie nie jest typem mężczyzny, który szuka w życiu przyjemności, nie traktuje tej kobiety jako kochanki, to nie jest w jego odczuciu romans, który tak nagle jak się zaczął, tak samo można skończyć. Żona Scobiego oczywiście dowiaduje się o „romansie” męża i wraca, by „sprawdzić”, czy jej Tiki rzeczywiście „ma kogoś”. W jaki sposób sprawdza? Powieść, choć objętościowo niewielka, porusza bardzo wiele spraw. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie do przemyśleń na temat własnej „drogi prawdy”.

Miłość nie jedno ma imię

Miłość nie jedno ma imię - Pierre La Mure, Aleksandra Frybesowa Bardzo interesująco przedstawiona postać twórcy marszu weselnego, wpleciona w wątki miłosne.

Widnokrąg

Widnokrąg - Wiesław Myśliwski Bardzo pozytywna książka. Proza Myśliwskiego ma w sobie jakiś spokój i głębię - tu wszystko ma swoje miejsce i na wszystko przychodzi odpowiedni czas... Każda osoba, pojawiająca się choćby na chwilę - jest ważna. Mistrzostwo!

Żywoty zwierząt

Żywoty zwierząt - Anna Dobrzańska-Gadowska, John Maxwell Coetzee "Żywoty zwierząt" odebrałem jako rozwinięcie rozważań (zasygnalizowanych w "Elizabeth Costello") na temat roli zwierząt w życiu człowieka. Nasuwa się w trakcie lektury pytanie, czy my ludzie, ze swym bogactwem życia wewnętrznego, możemy traktować zwierzęta, te istoty czujące i odczuwające - w kategoriach pożywienia? Zresztą, problem jest znacznie głębszy, bo dotyka prawa do uśmiercania. Skoro zwierzęta nie mają duszy (lub jeśli nawet mają, to jest ona duszą śmiertelną), to człowiek z duszą nieśmiertelną, stojący wyżej w hierarchii ma prawo zabijać (?) Jeśli tak, to czy jeśli robi to w sposób humanitarny, może czyn ten usprawiedliwić jako moralnie nienaganny? Coetzee zostawia czytelnika bez jednoznacznej odpowiedzi - naświetla jednak problem z wielu stron. Nie chodzi o to, by przestać "brać do ust ścierwo zwierzęcia, przeżuwać bez odrazy poćwiartowane ciało i przełykać soki cieknące ze śmiertelnych ran" - bo nie tylko o wegetarianizm chodzi, bardziej raczej o prawo do zabijania. Myślę, że warto prześledzić tok rozumowania bohaterów tej niedużej objętościowo książeczki, i przyjrzeć się argumentom, które padają na poparcie lub odrzucenie tez o konieczności zjadania mięsa przez człowieka.

Elizabeth Costello

Elizabeth Costello - John Maxwell Coetzee Książka pozwala czytelnikowi spojrzeć na poruszane w niej problemy oczami starzejącej się (a przez to i doświadczonej życiowo) pisarki. W pierwszej chwili można by pomyśleć, nic bardziej nudnego... Jednak tematyka odczytów i konferencji, w której Elizabeth Costello bierze udział, może w czytelniku wzbudzić całą gamę odczuć - od irytacji, po całkowitą zgodę i przyznanie racji. Ogólnie - zmusza do zajęcia wobec omawianych spraw własnego stanowiska. Precyzyjny język wystąpień może być niezłą ucztą dla zwolenników prozy autora "Hańby". Słów i zdań jest akurat tyle, ile potrzeba do zobrazowania zagadnienia. Reszta to cisza, w której mogą zabrzmieć nasze myśli, uczucia... Bardzo silnie przemówił do mnie omawiany w rozdziale 6 "Problem zła". Polecam jako lekturę do przemyśleń na temat człowieczeństwa.

Wilk stepowy

Wilk stepowy - Hermann Hesse Nie potrafię jednoznacznie odnieść się do tej lektury. Harry, tytułowy wilk stepowy, jawi mi się jako osobnik zagubiony nie tyle w otaczającym go (mieszczańskim) życiu , co bardziej w "bólu", rodzącym się w nim z powodu braku akceptacji dla własnej osoby. No i tak jakoś dziwnie mi, gdy czytam o facecie, który nie podejmuje ryzyka zmiany swego bądź co bądź pysznego stosunku do otoczenia. Brakuje mi tu energii, jest tylko alienacja i rezygnacja... Niemniej, uważam że warto poświęcić tej powieści (podobno najsławniejszej tego noblisty) parę chwil z własnego życia, by nabrać dystansu do siebie i np. w sytuacji depresyjnej spróbować się uśmiechnąć; na pewne sprawy trzeba - dla zachowania wewnętrznej równowagi - patrzeć bez "spinania się", i taką myśl przewodnią z tej powieści przyswoiłem sobie. "(..) trzeba skończyć z patosem i zabójstwami. Niech pan wreszcie zmądrzeje! Ma pan żyć i nauczyć się śmiechu. Musi pan nauczyć się słuchać tej przeklętej radiowej muzyki życia, wielbić ją, śmiać się z jej niepotrzebnej wrzawy. Koniec, więcej się od pana nie żąda". Poleciłbym tę książkę ... malkontentom kochającym muzykę, również tę "radiową" :)

Teraz czytam

Księgi Jakubowe
Olga Tokarczuk
Wrogowie publiczni
Bernard-Henri Levy
Einstein
Walter Isaacson
Einstein. Jego życie, jego wszechświat
Walter Isaacson