carac

Dom Róży. Krýsuvik Kołysanka dla wisielca

Dom Róży. Krýsuvik Kołysanka dla wisielca - Hubert Klimko-Dobrzaniecki Po przeczytaniu książki „Bornholm, Bornholm” Dobrzanieckiego z ciekawością sięgnąłem po wydany w 2013 przez „Znak” zbiór trzech opowieści tegoż autora. W skład tego zbioru wchodzi: wydany w 2006 dyptyk islandzki „Dom Róży. Krýsuvik” oraz wydana w roku 2007 „Kołysanka dla wisielca”. Wszystkie te opowieści łączy jedno – miejsce. O Islandii jednak nie jest tu zbyt wiele. Trudno też na podstawie tych opowieści dowiedzieć się czegoś o samych mieszkańcach tej wyspy. Dowiadujemy się jedynie, że są bardziej podatni na depresję. I może jeszcze to, że kobiety tam są „łatwe”, a islandzki homoseksualizm jest bardziej „rozpasany” niż w innych krajach „(…) bo to kraj, gdzie narkotyki są tańsze od alkoholu, kraj, gdzie nie ma prostytucji, bo w sobotę w każdej knajpie można wyłowić sztukę za piwo, wyrżnąć ją gdzieś w kibelku bez gumy.(…)” Dobrzaniecki mieszkał tam 10 lat, więc wie, o czym pisze – a pisze bez pruderii, wprost. Można doszukać się w tekście wątków biograficznych. I tak, autor "Domu Róży" pracując w domu starców widział na własne oczy cały „ten cyrk” - narrator opowieści wydaje się więc jak najbardziej wiarygodny. Nie szokuje jednak już tak bardzo (być może w roku wydania dyptyku była to rzecz nie do pomyślenia), bo teraz już wiemy choćby z TV lub „kolorowej” prasy, co się dzieje z „dziadkami”, nikomu już niepotrzebnymi. „Dom Róży” może więc być odbierany dziś jako taki „samograj” – nie mniej czytelnik zaznajomiony jest z tym, czym może być DOM. Właśnie, dom – dom starców, dom wariatów, Dom Boży, wreszcie dom rodzinny. O domu rodzinnym jest nowela „Krýsuvik”, stylizowana być może na sagę skandynawską. (Nie jestem przekonany, co do sposobu prowadzenia narracji – nie trafia do mnie). Jest to dość smutna opowieść o rybaku, człowieku prostym, kierującym się w swym życiu przede wszystkim rozsądkiem, człowieku, który postanawia zbudować dom rodzinny. Taki dom, gdzie mógłby zamieszkać z żoną, by razem z nią cieszyć się owocami ich miłości – dziećmi. Autor burzy jednak tę sielankę jakby chciał powiedzieć, że życie to nie bajka, gdzie wszyscy się kochają i żyją długo i szczęśliwie. Z całej „trylogii islandzkiej” najbardziej cenię „Kołysankę dla wisielca”. Jest to „kołysanka” dla Szymona Kurana (http://pl.wikipedia.org/wiki/Szymon_Kuran) – muzyka, który wyemigrował z kraju i tworzył w Islandii. Takim uwieńczeniem jego twórczości jest skomponowane przez niego Requiem, raczej mało popularne, o którym Dobrzaniecki z dużym wyczuciem i wrażliwością pisze: „To była muzyka dwubiegunowa, podobnie jak osobowość Szymona, jak jego przypadłość bezlitośnie sklasyfikowana w leksykonie chorób psychicznych. Wielkie wzloty i wielkie upadki. Euforia i depresja, plus i minus, góra i dół, życie i śmierć. W nim i w tej muzyce nie było środka. Morze i zaraz góry. Tak jak w krajobrazie Islandii. Nie było płaskości, średniactwa, nudy, drobnomieszczańskiego spokoju. Szymon żył i dzięki temu ta muzyka była autentyczna, tak autentyczna jak jego życie. Prawdziwe, niezakłamane, przeżyte.” Książka na pewno warta uwagi - polecam.

Teraz czytam

Księgi Jakubowe
Olga Tokarczuk
Wrogowie publiczni
Bernard-Henri Levy
Einstein
Walter Isaacson
Einstein. Jego życie, jego wszechświat
Walter Isaacson