Już sam tytuł tej krótkiej powieści jest nieco szokujący. No bo jak to "zabić dzieci"? A no tak... Książka o zabijaniu wrażliwości. Pełna zimnych barw, szarych, wilgotnych miejsc pokrytych śniegiem, na którym kapiąca krew szybko zmienia barwę na brunatną. Nie ma tu współczucia, jest metaliczny blask nienawiści i obojętności zarazem. Jak na literaturę japońską przystało sporo tu scen budzących w czytelniku niesmak. Raczej nie dla wszystkich, a na pewno nie dla nastolatków.
(...) "nieprawdą jest to, co mówią o przeszłości - że czas leczy wszelkie rany. Nie leczy - rozdrapuje." I tak w zasadzie odebrałem tę książkę. Tytułowy chłopiec z latawcem jako dziecko z powodu strachu nie staje w obronie swego "przyjaciela". Co więcej, kłamie, by w ten sposób pozbyć się "chodzącego wyrzutu sumienia". Nie może jednak o tym zapomnieć. Nie potrafi być obojętny wobec słów "dla ciebie - tysiąc razy". Już jako dorosły mężczyzna, nie do końca radząc sobie ze swoją tchórzliwą "przeszłością" - postanawia coś zrobić... Nadarza się okazja, by znów być dobrym i móc beztrosko puszczać latawce i biegać po zwycięstwo. Zachęcam do lektury, zwłaszcza że o Afganistanie ciągle jest głośno w mediach. A właśnie tam, w miejscu zniszczonym przez nieustające walki, główny bohater spędził dzieciństwo i tam po latach wraca, by znaleźć odkupienia.
Pozycja obowiązkowa dla "robiących" zdjęcia. (...) "Podobnie jak samochód, aparat fotograficzny sprzedawany jest jako broń drapieżna, zautomatyzowana ile wlezie, gotowa do strzału. Większość ludzi pragnie łatwej, „niewidzialnej" technologii. Producenci zapewniają klientów, że robienie zdjęć nie wymaga ani umiejętności, ani wiedzy, że urządzenie samo wie wszystko i reaguje na najmniejsze skinienie. To równie proste, jak przekręcenie kluczyka w stacyjce samochodu albo naciśnięcie spustu w karabinie."
No cóż... 50-letni hipochondryk dostrzegający w sobie wszystkie z możliwych dolegliwości ciała, ulegający wszelakim modom na ich wyleczenie, do tego szukający w bezsensie swej egzystencji ratunku w seksie, myślący o samobójstwie, leczący się przeróżnymi medykamentami "przeciw depresji" i pytający siebie "dlaczego"? Działacz "podziemia" z okresy stanu wojennego, walczący o Polskę nie taką, jaką mamy obecnie... Dopełnieniem tego obrazu jest barwna postać jego matki, która ogląda równocześnie na dwóch telewizorach dwa filmy, jeździ taksówką do sklepów na zakupy, kupuje ścigacza yamahę... i wreszcie zostaje umieszczona przez synka w szpitalu dla psychicznie chorych. Co dała mi ta lektura? Przyznaję, że nie czytałem, lecz wysłuchałem audiobooka czytanego przez Włodzimierza Pressa (bardzo dobrze mi się słuchało) w czasie długiej podróży i było to dla mnie odkrywcze - autor stara się pokazać czytelnikowi współczesnych Polaków goniących "zgniły zachód" i zachłannie próbujących nadrobić 20-letnie opóźnienie. To, co jest tylko nasze, polskie, to... pijaństwo, humorystycznie przedstawiani "osiedlowi chwieje", i nasz katolicyzm z ojcem dyrektorem na czele. Padają nazwiska polityków, kolegów narratora z czasów życia "podziemia", którymi bohater nasz gardzi. Pada dużo mniej lub bardziej udanych metafor, niektóre wywołują uśmiech, inne - przynajmniej w moim odczuciu - są dziwaczne i uwiarygodniają stan chorobliwej depresji bohatera. Czy studium depresji? Być może... Dla kogo? Na pewno nie dla wszystkich :)
Norwegian Wood "Miałem raz dziewczynę, czy też raczej - ona miała mnie Pokazała mi swój pokój, czyż nie jest ładny, norwegian wood? Poprosiła, żebym został i usiadł gdziekolwiek, Wiec rozejrzałem się wokół, ale nigdzie nie dostrzegłem krzesła Usiadłem więc na dywanie i cierpliwie czekałem na odpowiedni moment, pijąc jej wino Gadaliśmy do drugiej, po czym oświadczyła "Czas spać" Powiedziała, że rano idzie do pracy i wybuchnęła śmiechem Odparłem, że ja do pracy nie idę i wpełzłem do wanny, aby się przespać A kiedy się obudziłem, jej już nie było, ptaszek odleciał Wiec rozpaliłem ogień, czyż to nie ładnie, norwegian wood?" The Beatles I taki jest klimat tej powieści - łagodny, niby beztroski, a jednak dużo w niej samotności i strachu przed nią. Samobójstwa młodych ludzi, śmierć, ale i dużo seksu. Trzy jakże różne kobiety i on, będący jakby podporą dla nich, sam jednak zagubiony w swych uczuciach, ulegający pożądaniu, lecz chcący być uczciwym i odpowiedzialnym. Świat ludzi normalnych i tych nienormalnych, czujących jakby za bardzo, doświadczonych jakby za mocno, dla których śmierć wpisuje się w życie jak coś normalnego i naturalnego. Naoko nadal tam żyje, ten las, zapach traw, deszcz... ... isn't it good, norwegian wood?
Dość specyficzny sposób pisania - czytelnik jest zaznajomiony nie tylko z życiem bohaterów książki, ale również może patrzeć na nich z punktu widzenia samego autora, który swoje poglądy filozoficzne ilustruje właśnie przykładami z życia Tomasza, Teresy, Sabiny i Franza. Kundera porusza odwieczne problemy ludzkiej egzystencji: seks, miłość, zdrada, samotność a wszystko to na tle przemian społecznych, jakie miały miejsce w Czechach po tzw. "Praskiej wiośnie". Dla kogo? Moim zdaniem dla lubiących w trakcie lektury nieco podumać nad ludzkim bytem :)
Książka wydaje się być próbą odpowiedzi na pytanie: co może się stać z dzieckiem, które zostanie porzucone tuż po porodzie przez matkę? Jaka przyszłość czeka "dzieci ze schowka", pozbawione już na starcie matczynej opieki, czułości, miłości...? I, ogólnie rzecz ujmując - nie jest dobrze. Świat przedstawiony przez Japończyka, pełen dziwacznych miejsc i osób - kształtuje Kiku i Hashiego na równie dziwacznych bohaterów. Autor nie oszczędza czytelnika, pisze o prostytucji, homoseksualizmie, o agresji wobec innych - o tym wszystkim, z czym człowiek musi żyć, bo taki jest "ten świat". Odnoszę wrażenie, że Ryu Murakami za taki stan rzeczy wini przede wszystkim kobiety (matki?), które porzucają swoje niechciane dzieci. Książka jak na standardy europejskie dość mocna, wyobraźnia autora ciąży ku okrucieństwu, sceny obfitują w szczegóły, które mogą na długo zapaść w pamięć... Poleciłbym raczej dla czytelników "o mocnych nerwach".
"Kronika ptaka nakręcacza" jest ważna w dorobku pisarza i choćby z tego względu warto ją przeczytać. Mnie osobiście podobał się klimat oniryczny, "dziwaczność" bohaterów, historia pana Hondy i wiele innych wątków. Porównując z 1Q84 - kronika ptaka nakręcacza jest bogatsza, bardziej złożona. Styl mistrzowski, obrazy sugestywne, plastyczne i... muzyka klasyczna (warto zapoznać się np. z uwerturą Rossiniego "La gazza ladra" wcześniej, bo ten motyw pojawia się w książce bardzo często). Co ciekawe, pojawia się też mój ulubieniec z 1Q84, czyli podły, nikczemny Ushikawa :) Przesłanie - warto walczyć o to, na czym nam zależy, pomimo trudności, na które napotykamy po drodze. A na drodze Toru pojawiają się najrozmaitsze osoby i wydarzenia... Czasem trzeba zejść na samo dno (studni) by odnaleźć w sobie siłę i chęć dotarcia do prawdy....
Dobrnąłem do końca... Trzytomowa powieść, w której opisane są losy Aomame i Tengo kończy się w sposób każący przypuszczać, że powstanie tom czwarty.(Chyba że porzucanie wątków dopiero rozpoczętych, to normalna rzecz dla Murukamiego?) Nie będę czekał niecierpliwie. Ogólnie, to moje pierwsze zetknięcie z tym autorem. Może gdybym zaczął poznawać jego twórczość w sposób bardziej chronologiczny - czułbym się rozczarowany jego najnowszą powieścią. A tak, z lekkim niedosytem po przeczytaniu "1Q84" sięgnąłem po powieść wcześniejszą, o pozycji bardziej ugruntowanej (prestiżowa japońska nagroda literacka Yomiuri) - "Kronikę ptaka nakręcacza". Być może to pozwoli mi wyrobić własne zdanie na temat twórczości tego poczytnego Japończyka. Na razie, jako czytelnik dość wymagający - mam mieszane uczucia. "1Q84" nie wywołała we mnie konieczności do głębszej refleksji.
Po książkę (a właściwie e-booka) sięgnąłem po zakupie e-czytnika. Pomyślałem, nowe technologie, Japończycy.. czemu nie, tym bardziej że o książce dość głośno było w Internecie. Zanim zacząłem czytać, zapoznałem się z recenzjami i – ku memu zdziwieniu – nie znalazłem opinii osób niezadowolonych. Czyżby Haruki Murakami był naprawdę tak dobry? „1Q84” zaliczana jest do książek fantastycznych (motyw przenikania dwóch światów – tego realnego, w którym można znaleźć wydarzenia opisywane w gazetach, i tego nierzeczywistego z dwoma księżycami). Już po kilku rozdziałach zauważyłem, że duże znaczenie autor przywiązuje do muzyki, która towarzyszy głównym bohaterom i która może pomóc czytelnikowi (o ile czuje taką potrzebę) wczuć się w nastrój, jaki „tam” panuje. Skorzystałem więc z tej możliwości i zatopiony w dźwiękach np. „Sinfonietty” Janáčka zacząłem śledzić losy Aomame, potem Tengo i tak na przemian. Murakami nie jest wymagający – czytelnik z łatwością i gładko przyswaja różne fakty z życia Aomame i Tengo. Odnieść można wrażenie, że zanurzamy się z przyjemnością w nurt tej szerokiej, wolno płynącej rzeki. Książka nie jest nudna, opisy nie męczą. Autor dba o szczegóły, nawet nie skąpi nam ich w często pojawiających się scenach erotycznych, w których słowo „wytrysk” jest wszechobecne. Od czasu do czasu nas szokuje i próbuje wzbudzić w nas oburzenie (sekta, gwałt na 10-latkach), by zaangażować nas emocjonalnie. Aomame popełnia zbrodnie, ale robi to w „słusznej sprawie” i w zasadzie czytelnik nie ma problemów, by jej to wybaczyć. Nie mniej, odnoszę wrażenie, że bohaterowie są mało wiarygodni, są jakby postaciami z japońskich kreskówek, kreślone precyzyjną kreską, ładne, harmonijne z zewnątrz, lecz puste w środku. Zwłaszcza mam poważny problem z Tamaru, służącym gejem, który w moim odczuciu jest „zlepkiem” nie pasujących do siebie fragmentów. Być może jest to spowodowane tym, że jest to moja pierwsza książka, której „nie czuję” w rękach, nie słyszę szelestu kartek… W każdym razie, mimo pewnych zastrzeżeń, zacząłem czytać tom drugi - i robię to raczej z ciekawości niż z potrzeby obcowania z literaturą firmowaną nazwiskiem Haruki Murakami.
Malarz, grafik i jego pełne cierpienia życie, w którym dominuje rozpacz. Nie jest jednak "smutasem". Kupowanie "miłości" i alkoholizm traktuje jako ucieczkę przed samotnością z powodu swego kalectwa. W rzeczywistości jest to człowiek pogodny i szlachetny. W oczach matki zawsze jest małym dzieckiem, jej ukochanym Riri. Smutna i wzruszająca to książka. Również o przyjaźni. Jak burza lub jak wicher przeleciał w niej genialny Vincent Van Gogh. Warto nie tylko przeczytać, lecz po lekturze spojrzeć z większą uwagą, być może i z większym zaangażowaniem na to, co stworzył. Zwłaszcza w dziedzinie plakatów. (http://www.wikipaintings.org/en/henri-de-toulouse-lautrec/portrait-of-vincent-van-gogh-1887). Jako dopełnienie polecam "Pasję życia" Irvinga Stone o Vincencie Van Gogh - również i tu pojawia się hrabia Henri de Toulouse-Lautrec jako serdeczny przyjaciel.
warto spojrzeć na pewne sprawy pod nieco innym kątem, w nieco innym świetle, by dostrzec coś, czego zwykle się nie widzi...