carac

"W każdym razie"...

Todo modo - Leonardo Sciascia

Czytanie książek ma to do siebie, że zostajemy w trakcie lektury „wciągnięci” przez jej bohaterów w dyskusję. Im temat dyskusji ciekawszy, tym bardziej się angażujemy; sprawdzamy, które stanowisko jest nam bliższe; zgadzamy się lub nie z tokiem rozumowania owych postaci, mniej lub bardziej wiarygodnych, mniej lub bardziej sympatycznych.
 „Todo modo” (port. „w każdym razie”) zabiera nas w dość nietypowe (by nie powiedzieć dziwne) miejsce. Znajdujemy się w hotelu-pustelni i bierzemy udział w rekolekcjach, a dokładniej – będziemy „ćwiczyć ducha w charakterze obserwatora cudzych ćwiczeń duchowych”. Sytuacja na pierwszy rzut oka groteskowa, zwłaszcza że nasz narrator, profesor malarstwa, to ateista. Przy tym jest to sympatyczny mężczyzna około pięćdziesiątki z dość wyszukanym poczuciem humoru i darem widzenia rzeczy mało widocznych (w końcu jest znanym artystą malarzem).
Ćwiczenie ducha to zadanie trudne, wymagające od ćwiczących dyscypliny i podporządkowania potrzeb grzesznego ciała uczuciom wyższym.
Dobrze się jednak dzieje (dla ciała), że prowadzącym rekolekcje jest wyjątkowy ksiądz. O wyjątkowości don Geatano może świadczyć np. to, że nie ma nic przeciwko temu, by żonatym mężczyznom odprawiającym tu „ćwiczenia ducha” (a „ćwiczący” to nie byle kto, bo sama śmietanka, a więc ministrowie, przemysłowcy, adwokaci itp. ) towarzyszyły ich kochanki. Bo – zdaniem rekolekcjonisty – „najlepszy sposób uprawiania miłości to ten szybki, przypadkowy, jaki mają do zaofiarowania prostytutki…”. Prawda, że dyskusyjne?
 Takich „rewelacji” jest tu więcej, bo don Geatano, to człowiek oczytany, wykształcony, o silnej i wyrazistej osobowości. (Warto nadmienić w tym miejscu, że na podstawie książki powstał film  pod tym samym tytułem, w którym w rolę don Geatano wcielił się Marcello Mastroianni, a muzykę skomponował Enio Moriccone – gratka dla miłośników włoskich filmów z lat siedemdziesiątych).(fot. IMDb)
Z wypiekami więc wsłuchujemy się w dyskusje na temat Kościoła, Chrystusa, państwa. Słyszymy przy okazji o wielkich malarzach i ich dziełach, choćby o cyklu Redona „Kuszenie św. Antoniego”.
By jednak książka nie miała znamion traktatu filozoficznego, co na dłuższą metę mogłoby znużyć mniej wprawnego czytelnika - Leonardo Sciascia wplótł do niej w sposób bardzo sprytny wątek kryminalny. Mamy okazję dzięki temu poobserwować całe to zamieszanie również oczami osób „z zewnątrz”, czyli prokuratora oraz podległego mu komisarza. Zabawa przednia, bo stróżowie prawa wobec zaistniałej sytuacji są bezradni, zagubieni i … po prostu komiczni.
Nie powinno to jednak zmylić czujnego czytelnika. Wątek sensacyjny się kończy nagle, tak jak nagle się zaczął. Możemy czuć w związku z tym pewien niedosyt, a nawet być rozczarowani.
Zdaje się, że taki ma być to koniec.
Tak jak po wybuchu śmiechu, gdy wybrzmi do końca ostatni chichot, następuje w końcu cisza, z którą tak naprawdę nie wiadomo, co zrobić - tak i tu, z ostatnim słowem „Todo modo” zastanawiamy się, czy oby na pewno to tylko fikcja literacka?

– Słowem, źle się dzieje czy nie? – zapytał wszystkich trzech don Gaetano.
– To zależy z czyjego punktu widzenia – odpowiedział minister.
– Z punktu widzenia – oświadczył komisarz – tego, który trzyma ręce we własnych kieszeniach, dzieje się jak najgorzej.
Zaległa cisza: jak wśród dobrze wychowanych ludzi, którzy spostrzegli, że w ich towarzystwie znajduje się człowiek źle wychowany. Po czym prezes powiedział:
– Nie w tym rzecz, że trzyma się ręce we własnych kieszeniach czy w cudzych; rzecz w tym…
– …aby można było nadal uprawiać magiczną sztukę sięgania do cudzych kieszeni – uzupełniłem. – To znaczy, aby coś z nich jeszcze wygrzebać.
– Państwo nie jest złodziejem kieszonkowym – rzekł z oburzeniem minister.
– No pewno, że nie jest złodziejem kieszonkowym – potwierdził z mniejszym oburzeniem prezes.
– Ależ panowie – powiedział don Gaetano do ministra i prezesa – nie zechcecie chyba zasmucić mnie utrzymując, że państwo jeszcze istnieje… W moim wieku, przy całym zaufaniu, jakie do was żywię, byłaby to rewelacja nie do zniesienia. Byłem taki spokojny, że już go nie ma…”.

Polecam… todo modo.

Teraz czytam

Księgi Jakubowe
Olga Tokarczuk
Wrogowie publiczni
Bernard-Henri Levy
Einstein
Walter Isaacson
Einstein. Jego życie, jego wszechświat
Walter Isaacson