carac

Profesor Stoner...

Profesor Stoner - John Williams, Paweł Cichawa

Na pierwszy rzut oka, ta niepozornie wyglądająca książeczka z mężczyzną brodatym w polskim wydaniu na jej okładce, niejako nawiązująca swą szatą graficzną do popularnego u nas „Profesora Wilczura” (polecam spojrzeć mimo wszystko na okładkę wydania angielskiego z portretem Louis N. Kentona, by lepiej odczuć atmosferę książki)  – raczej nie zachęca do sięgnięcia po nią.

 


       fot. wikipedia (en.wikipedia.org)


Jednak mając na uwadze znane skądinąd zdanie, że „jedynym prawdziwym krytykiem literatury jest czas” i biorąc pod uwagę fakt „drugiej młodości” tej powieści - warto przyjrzeć się jej uważnie, by znaleźć odpowiedź choćby na jedno pytanie: skąd dziś w nas potrzeba zwrócenia uwagi na kogoś tak mało popularnego jak William Stoner?

Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest łatwa i wymaga głębszego zastanowienia.

Na pewno jest to książka wymagająca i gdy tak próbuję coś sensownego o niej napisać, by odnieść się do poruszanych w niej spraw - ze zdziwieniem muszę stwierdzić, że dotyczy ona życia tak naprawdę nie człowieka sukcesu, lecz raczej "tchórza" wolącego egzystować w bezpiecznych murach uczelnianych niż stawiać czoła wyzwaniom rzucanym po nogi niczym kłody każdemu śmiertelnikowi przez prawdziwe życie.
Skąd więc jej popularność właśnie teraz, dwadzieścia lat po śmierci jej autora? (Pierwsze wydanie z roku 1965, to zaledwie 2000 egzemplarzy i… cisza).

Jedno jest pewne - autorem książki jest autentyczny profesor literatury, a więc człowiek pracujący ze słowem, do tego o gruntownym wykształceniu dotyczącym pisania. Choć - jak sam zaznacza - to fikcja literacka, a on nie jest pierwowzorem głównego bohatera, trzeba z ostrożności wziąć poprawkę, którą zwykle bierzemy w przypadku innych autorów (artystów?), że pisarz prowadzi z czytelnikiem grę. Nie ma tu jednak zwodzenia, czy uwodzenia - jest za to profesor Stoner i relacjonowanie jego życia przez profesora Williamsa.

Pod rzucającym się w oczy (bo tak jesteśmy kształtowani przez media, by widzieć właśnie te rzeczy wyraźniej) brakiem atrakcyjności Stonera, z uwypukleniem jego bierności w sprawach tak oczywistych i naturalnych jak wychowywanie własnego dziecka, czy POSTAWIENIEM SIĘ szarżującej na każdym kroku małżonce - autor proponuje nam trwanie przy swej pasji z niewzruszonym spokojem kamienia (lub raczej głazu) wrzuconego do rwącego potoku zmieniających się emocji, bo tylko taka - zdaje się - postawa wywodząca się ze stoicyzmu, a obecna w zachowaniu ojca Stonera - jest jedyną gwarancją pozostania sobą.

Stoner to również skostniałe, ale bynajmniej nie pozbawione sensu reguły gramatyczne wywodzące się z łaciny (tradycja?), czyli potrzeba gruntownego zgłębienia wiedzy na dany temat (nawet jeśli to dość ciasne i hermetyczne poletko), by zyskać swobodę i pewność wypowiadania się i wyrażania opinii na dobrze znany temat. Zauważmy jak bardzo jest on nieustępliwy w egzaminowaniu doktoryzującego się Walkera, który luki w wykształceniu próbuje wypełnić "improwizacją" niczym dzisiejsi niedouczeni medialni oszołomi.

Wreszcie, Stoner to ukazanie miłości w czystej, pozbawionej fałszu formie. Piękne są te słowa o miłości, dające nadzieję, że nie wszystko co ludzkie, musi być zepsute i zafałszowane przez narzucane zasady, przesądy, źle pojętą religię... Dusza i ciało (grzeszne?) może stanowić jedność, może się wzajemnie dopełniać – szczęście kochanków choć krótkotrwałe, zakończone symbolicznym pozostawieniem obrączki ślubnej w murach wynajętego na tydzień mieszkania nie zostawia złudzeń: to od nas samych zależy JAKOŚĆ naszego życia również w wymiarze naszej seksualności.
Zauważyć należy w tym miejscu, że nawet romans Stonera z kobietą, która mogłaby być jego córką - został tutaj nakreślony z dużym wyczuciem, bez tanich sensacyjek w stylu zazdrosna żona wydrapująca oczyska swemu niewiernemu krzywdzicielowi.

Wrażliwość na słowa te pisane, ale i wymawiane, świadcząca o znajomości zasad retoryki oraz lekkość, z jaką autor kreśli swych bohaterów, którzy są pełnowymiarowi i przez to bardzo wiarygodni - jest niewątpliwie wielką zaletą tej książki, a nawet śmiem twierdzić, że może być zachętą dla osób nie tylko czytających, ale i piszących, by unikali tanich chwytów i prymitywnych środków wyrazu, które może i budzą chwilową ciekawość i przyczyniają się do bycia popularnym, lecz na dłuższą metę nużą i zniesmaczają.

Trzeba by wspomnieć też o przyjaźni, tej prawdziwej, o którą dziś coraz trudniej… Na kartkach książki znajdujemy ją bez wysiłku.


Biorąc pod uwagę wymienione przeze mnie elementy, które zostają wypierane z naszego życia przez ignorancję, ciągły pośpiech i pęd za popularnością, gdy na nic w zasadzie nie mamy już czasu, a karmieni sensacjami i przemocą zaczynamy być może patrzeć z utęsknieniem w innym kierunku – takie zatrzymanie się przy lekturze o kimś tak niedzisiejszym jak profesor Stoner i to napisanej w tak wyjątkowy sposób, może choć na chwilę dać nam wytchnienie i - być może - zachęcić do sięgnięcia po książki z nieco wyższej półki, bardziej wymagające i dłużej zapadające w pamięci. Tę książkę do takich zaliczam i z czystym sumieniem polecam każdemu!

Teraz czytam

Księgi Jakubowe
Olga Tokarczuk
Wrogowie publiczni
Bernard-Henri Levy
Einstein
Walter Isaacson
Einstein. Jego życie, jego wszechświat
Walter Isaacson