carac

OD Lot...

Lot nad kukułczym gniazdem - Ken Kesey

Książka zaliczana do klasyki, cokolwiek to znaczy. Za sprawą filmu pod tym samym tytułem (pięć Oskarów) z głośną rolą Jacka Nicholsona, powieść ta - mam wrażenie - funkcjonuje jakby w jego cieniu, jako coś, po co w sumie nie warto sięgać, skoro powstał film. Wiadoma rzecz, film "pokazuje", książka zmusza do wyobrażenia sobie, stąd wybór wydaje się dla osób mniej wymagających oczywisty. A jednak film będący jedynie adaptacją książki, nie ukazuje jej głębi, dotyka zaledwie paru spraw, zwykle ubarwiając je, a nawet zniekształcając.


W czym rzecz?

Mamy psychiatryk z grupą osadzonych tam pacjentów oraz personel o nich dbający. Wariaci są świetni, fajnie się na nich patrzy, są śmieszni i tacy zabawni... Fajnie się patrzy z boku, ze swych domów, ze swych bezpiecznych i przytulnych gniazdek. Zostawmy jednak film, zostawmy Nicholsona wczuwającego się genialnie w rolę dziwkarza i szulera.


Sprawa jest nieco bardziej złożona, bo dotyczy... gniazda kukułczego.

 

 

 

   fot. http://www.dziennikteatralny.pl


Problem polega na tym, że kukułki gniazd nie zakładają, wie o tym każde dziecko, bo kukułki to takie ptaszory, które wolą swe jaja podrzucać do innych gniazd; obcy jest im trud pielęgnowania i troszczenia się o swe potomstwo, nie może być więc mowy o nawiązaniu jakiekolwiek emocjonalnej więzi między rodzicami a ich dziećmi.

Załóżmy jednak, że znajdzie się ktoś lub jakiś KOMBINAT, który dla dobra ogółu, stworzy sztuczny twór o nazwie „kukułcze gniazdo”, by zająć się tymi wszystkimi podrzutkami, nie pasującymi do otoczenia. Co więcej, kukułcze gniazdo będzie tak działało, by ze znajdujących się tam pisklaków, „wyprodukować” osobniki dostosowane do funkcjonowania w kombinacie, a więc … emocjonalnych kastratów, których zachowanie nie nastręczy żadnych kłopotów.

 

 

 fot. imgarcade.com

 


Moim zdaniem, Ken Kesey w swej debiutanckiej powieści demaskuje przede wszystkim system, który - posługując się nie tylko regulaminem i dyscypliną (Wielka Oddziałowa), lecz coraz to nowszymi „wynalazkami” (elektrowstrząsy, lobotomia) - wymierzony jest we wszystkich tych, którzy nie pasują do otoczenia. Co to znaczy „nie pasują”? Wystarczy być np. jąkałą, by znaleźć się w „kukułczym gnieździe”… Albo głuchoniemym.

Bardzo wymowne jest również to, że narratorem powieści jest właśnie osoba uważany za głuchoniemą, która bardzo dużo widzi i bardzo dużo słyszy.

Oczywiście, koncentrując się na samym "kukułczym gnieździe" i panujących tam zwyczajach, które są jasno określone przez regulamin, nie wolno zapomnieć o nawiązujących się między "pisklakami" relacjach, które za sprawą pewnego rudzielca może i mają charakter nieco komiczny, lecz w gruncie rzeczy są znacznie bardziej złożone, czego film nie pokazuje już.


Książka swego czasu „zakazana” w Stanach, mocna, obnaża sposoby obchodzenia się z czymś tak subtelnym i przez to bardzo podatnym na zaburzenia jak ludzka psychika. Warto w tym miejscu nadmienić, że sam jej autor jako ochotnik brał udział w badaniu wpływu środków psychoaktywnych na człowieka, a wyniesione z tych badań doświadczenia stały się dla niego inspiracją do napisania „Lotu nad kukułczym gniazdem”.


Kto nie leciał, a ma ochotę na taki „lot”? Polecam!

Profesor Stoner...

Profesor Stoner - John Williams, Paweł Cichawa

Na pierwszy rzut oka, ta niepozornie wyglądająca książeczka z mężczyzną brodatym w polskim wydaniu na jej okładce, niejako nawiązująca swą szatą graficzną do popularnego u nas „Profesora Wilczura” (polecam spojrzeć mimo wszystko na okładkę wydania angielskiego z portretem Louis N. Kentona, by lepiej odczuć atmosferę książki)  – raczej nie zachęca do sięgnięcia po nią.

 


       fot. wikipedia (en.wikipedia.org)


Jednak mając na uwadze znane skądinąd zdanie, że „jedynym prawdziwym krytykiem literatury jest czas” i biorąc pod uwagę fakt „drugiej młodości” tej powieści - warto przyjrzeć się jej uważnie, by znaleźć odpowiedź choćby na jedno pytanie: skąd dziś w nas potrzeba zwrócenia uwagi na kogoś tak mało popularnego jak William Stoner?

Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest łatwa i wymaga głębszego zastanowienia.

Na pewno jest to książka wymagająca i gdy tak próbuję coś sensownego o niej napisać, by odnieść się do poruszanych w niej spraw - ze zdziwieniem muszę stwierdzić, że dotyczy ona życia tak naprawdę nie człowieka sukcesu, lecz raczej "tchórza" wolącego egzystować w bezpiecznych murach uczelnianych niż stawiać czoła wyzwaniom rzucanym po nogi niczym kłody każdemu śmiertelnikowi przez prawdziwe życie.
Skąd więc jej popularność właśnie teraz, dwadzieścia lat po śmierci jej autora? (Pierwsze wydanie z roku 1965, to zaledwie 2000 egzemplarzy i… cisza).

Jedno jest pewne - autorem książki jest autentyczny profesor literatury, a więc człowiek pracujący ze słowem, do tego o gruntownym wykształceniu dotyczącym pisania. Choć - jak sam zaznacza - to fikcja literacka, a on nie jest pierwowzorem głównego bohatera, trzeba z ostrożności wziąć poprawkę, którą zwykle bierzemy w przypadku innych autorów (artystów?), że pisarz prowadzi z czytelnikiem grę. Nie ma tu jednak zwodzenia, czy uwodzenia - jest za to profesor Stoner i relacjonowanie jego życia przez profesora Williamsa.

Pod rzucającym się w oczy (bo tak jesteśmy kształtowani przez media, by widzieć właśnie te rzeczy wyraźniej) brakiem atrakcyjności Stonera, z uwypukleniem jego bierności w sprawach tak oczywistych i naturalnych jak wychowywanie własnego dziecka, czy POSTAWIENIEM SIĘ szarżującej na każdym kroku małżonce - autor proponuje nam trwanie przy swej pasji z niewzruszonym spokojem kamienia (lub raczej głazu) wrzuconego do rwącego potoku zmieniających się emocji, bo tylko taka - zdaje się - postawa wywodząca się ze stoicyzmu, a obecna w zachowaniu ojca Stonera - jest jedyną gwarancją pozostania sobą.

Stoner to również skostniałe, ale bynajmniej nie pozbawione sensu reguły gramatyczne wywodzące się z łaciny (tradycja?), czyli potrzeba gruntownego zgłębienia wiedzy na dany temat (nawet jeśli to dość ciasne i hermetyczne poletko), by zyskać swobodę i pewność wypowiadania się i wyrażania opinii na dobrze znany temat. Zauważmy jak bardzo jest on nieustępliwy w egzaminowaniu doktoryzującego się Walkera, który luki w wykształceniu próbuje wypełnić "improwizacją" niczym dzisiejsi niedouczeni medialni oszołomi.

Wreszcie, Stoner to ukazanie miłości w czystej, pozbawionej fałszu formie. Piękne są te słowa o miłości, dające nadzieję, że nie wszystko co ludzkie, musi być zepsute i zafałszowane przez narzucane zasady, przesądy, źle pojętą religię... Dusza i ciało (grzeszne?) może stanowić jedność, może się wzajemnie dopełniać – szczęście kochanków choć krótkotrwałe, zakończone symbolicznym pozostawieniem obrączki ślubnej w murach wynajętego na tydzień mieszkania nie zostawia złudzeń: to od nas samych zależy JAKOŚĆ naszego życia również w wymiarze naszej seksualności.
Zauważyć należy w tym miejscu, że nawet romans Stonera z kobietą, która mogłaby być jego córką - został tutaj nakreślony z dużym wyczuciem, bez tanich sensacyjek w stylu zazdrosna żona wydrapująca oczyska swemu niewiernemu krzywdzicielowi.

Wrażliwość na słowa te pisane, ale i wymawiane, świadcząca o znajomości zasad retoryki oraz lekkość, z jaką autor kreśli swych bohaterów, którzy są pełnowymiarowi i przez to bardzo wiarygodni - jest niewątpliwie wielką zaletą tej książki, a nawet śmiem twierdzić, że może być zachętą dla osób nie tylko czytających, ale i piszących, by unikali tanich chwytów i prymitywnych środków wyrazu, które może i budzą chwilową ciekawość i przyczyniają się do bycia popularnym, lecz na dłuższą metę nużą i zniesmaczają.

Trzeba by wspomnieć też o przyjaźni, tej prawdziwej, o którą dziś coraz trudniej… Na kartkach książki znajdujemy ją bez wysiłku.


Biorąc pod uwagę wymienione przeze mnie elementy, które zostają wypierane z naszego życia przez ignorancję, ciągły pośpiech i pęd za popularnością, gdy na nic w zasadzie nie mamy już czasu, a karmieni sensacjami i przemocą zaczynamy być może patrzeć z utęsknieniem w innym kierunku – takie zatrzymanie się przy lekturze o kimś tak niedzisiejszym jak profesor Stoner i to napisanej w tak wyjątkowy sposób, może choć na chwilę dać nam wytchnienie i - być może - zachęcić do sięgnięcia po książki z nieco wyższej półki, bardziej wymagające i dłużej zapadające w pamięci. Tę książkę do takich zaliczam i z czystym sumieniem polecam każdemu!

U źródeł... komunizmu

Wschód - Andrzej Stasiuk

„Wschód” jest dla mnie próbą znalezienia odpowiedzi na pytania, przed którymi może stanąć każdy czterdziesto- czy też pięćdziesięciolatek, którego dzieciństwo i lata młodości upłynęły w Polsce socjalistycznej. Pytań jest dużo, jednak tym najważniejszym wydaje się być pytanie o PRZYSZŁOŚĆ, w której nie będzie pojęć „przeszłość” i „teraźniejszość”.


Autor „Wschodu” znany jest z tego („Taksim”, „Nie ma ekspresów…”), że od zawsze ciągnęło go do Europy Południowo – Wschodniej. Tam, wśród Serbów, Bułgarów, Rumunów znajdował coś, co można by nazwać „bratnią duszą”. Przyglądał się całej tej biedzie i bezradności prostego człowieka zamieszkującego tamte rejony i snuł rozważania o ludzkiej (słowiańskiej?) naturze. Charakterystyczne są dla tych rozważań melancholijna nuta i tęsknota za czymś bliżej nieokreślonym, nierozerwalnie związanym z przyrodą.
Nie inaczej jest w przypadku „Wschodu”.
Autor „Fado” zabiera nas w podróż przez „piękny polski wschód” z popegeerowskiego sklepu, w którym stał w dzieciństwie w kolejce „po chleb” - do stolicy, gdzie wschodnia strona rzeki „też nie chce być gorsza i kiedyś postawi swoje libeskindy”. Stamtąd udaje się samolotem do Pekinu. Odwiedza również Mongolię i Syberię, by lepiej poznać i zrozumieć źródło komunizmu.
W podróży swej na Wschód, z Płatonowem i Pearl Buck pod ręką, na własnej skórze doświadcza trudów zamieszkiwania na tamtych terenach; doświadcza wszechogarniającej pustki ziejącej z nieograniczoności otaczającej go przestrzeni, stepów, pustyni… Widzi podobieństwo między „chińską historią, która splatała się w jedno z pejzażem nadbużańskiej wsi, z cierpliwością dorosłych, z obrazem ich pochylonych pleców, gdy uparcie, rządek po rządku, pielili kartofle”. Zastanawia się nad chińską ekspansją i zalewem zachodniego rynku chińską tandetą i dochodzi do wniosku, że Chiny jako najstarsze na świecie najlepiej wiedzą, co się stanie, co czeka nas w przyszłości.
A co nas czeka? Zadowoleni z upadku komunizmu, który tak nagle „odszedł”, cieszący się tym, że znów jesteśmy w Europie, że zajmujemy zaszczytne (bo Tusk?) miejsce w Unii Europejskiej – zdajemy się nie dostrzegać niebezpieczeństw z tym związanych. Trzeba w tej „dziejowej” euforii zadać sobie pytanie, czy ktoś jeszcze myśli o „bladych facetach” i ich „bladych dzieciach” stojących w bramach?
I Stasiuk odpowiada: tak, owszem, ktoś myśli i.. czeka.
„KTOŚ czeka, aż wszyscy wymrą, zatrują się alkoholem albo uciekną. Wtedy przyjadą spychacze, koparki, wywrotki i żurawie i załadują na pakę domy, ulice i kwartały, by je wywieźć gdzieś za miasto”, by na „gruzach lumpenproletariatu” postawić te swoje libeskindy i spire’y „żeby się tylko przypodobać i żeby się odwrócić plecami od ¬przeszłości, która wystaje całymi dniami w ¬bramach.”
Podróż na Wschód – zdaje się – pozwala autorowi „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” zgłębić przyczynę takiego stanu rzeczy:


„Gdy latem wylądowałem w Bracku, zobaczyłem, jak szary deszcz pada na stary beton, na rdzę, na spękane szkło. W jednej chwili, w przedziwnym, jasnym błysku pojąłem, że widzę ślady klęski. Lecz wcale nie tej, o której przywykliśmy rozprawiać z wyższością, satysfakcją i wzgardą, że oto ruski komunizm upadł, ten wynalazek dzikich i niedomytych rozpadł się w proch, i to dzięki nam, dzięki naszemu odwiecznemu pragnieniu wolności. Bo my załapaliśmy się tylko na resztki. Kiedy w Bracku deszcz padał na pokruszony beton, na zardzewiały metal i na poszarzałe szkło, pojąłem, że tutaj, w tym kraju, wszystko jest przesiąknięte klęską na skalę, o której nie mamy pojęcia. Wyobrażaliśmy sobie jakąś zabytkową, staroświecką rewolucję, w której jedni zabiorą drugim, zlikwidują własność oraz zbędną część społeczeństwa. Oglądaliśmy upadek, biorąc go za zwycięstwo. Tymczasem ci, którzy znali prawdziwy sens, wiedzieli, że szło o unieważnienie materii, o jej przekroczenie. Materializm był tchórzostwem. Chodziło przecież nie o jakieś dziecinne zniesienie własności, ale o zniesienie jej przedmiotu. Różnicująca, dzieląca ludzi materia miała odejść w przeszłość pomiędzy wszystkie minione zabobony”.


A co z „opium dla mas”?

Kościół w obecnym wymiarze – zdaniem Stasiuka – za niewielką opłatą pozwala wygadać się prostemu ludowi, podzielić się swymi zmartwieniami i troskami w eterze – i to wszystko.


Więc co nam zostaje?


„Będziemy tęsknić tylko do przyszłego. Do tego, co tam sobie wymarzymy. Tęsknota za przeszłością zostanie wykorzeniona. Zwyczajnie. Zmienią się mózgi. Będziemy myśleć tylko o tym, co sobie jeszcze kupimy. Jaką sobie jeszcze zrobimy przyjemność. Nie będzie żadnych duchów, wspomnień, pamięci ani historii. No tak – nie będzie pamięci i każdego dnia trzeba będzie zaczynać od nowa.”


Nie brzmi to optymistycznie, zwłaszcza gdy uzależnieni w swym położeniu geograficznym od wpływów Zachodu z jego korporacyjnością, traktującą człowieka przedmiotowo oraz od wpływów Wschodu ze swym „apetytem” na przestrzeń prędzej czy później zostaniemy wchłonięci…

„Obżarty kaszą gryczaną oddawałem się medytacji. Tej wiosny spędziłem dwa tygodnie w Ameryce. Między Nowym Jorkiem a Chicago obiecywałem sobie, że to dopiero początek i że na pewno tu wrócę, by przejechać wzdłuż i wszerz ten szalony kraj, który zniewala i wabi wszystkie plemiona świata. Wystarczy przejechać się czwartą, piątą albo szóstą linią w czeluściach Manhattanu, by się o tym przekonać. A teraz siedziałem (…) i patrzyłem, jak unosi się kurz. Manhattan oddalił się i powrócił na swoje miejsce. Siedziałem na skraju Trzeciego Rzymu i patrzyłem na chude bydło powracające z pastwisk. Powietrze pachniało suchym nawozem i niskooktanową benzyną. Wiedziałem, że nie wrócę na Manhattan. Nie wydam grosza ani nie poświęcę dnia, by się tam znaleźć. Byłem luzerem i kochałem schyłek. Podobała mi się klęska na kosmiczną skalę. Siedziałem pod knajpą Tranzit i patrzyłem, jak Trzeci Rzym przykłada ucho do stepu, nasłuchując Chin. Mrówczego, skrzętnego chrzęstu”.

Książkę polecam, bo jest po prostu dobrze napisana, bez „owijania w bawełnę”.

"Świat nie jest taki zły..."

Katarzynka (audiobook) - Patrick Modiano

Są książki polecane przez znajomych, są książki, na które trafiamy przypadkiem w księgarni bądź w bibliotece, są też takie, po które sięgamy z powodu przyznania ich autorom prestiżowych nagród. Takim autorem od kilku dni – za sprawą literackiej nagrody Nobla - jest Patrick Modiano – pisarz francuski w zasadzie mało znany szerszemu gronu. Czym się kieruje jury przyznając nagrody? – nie wiadomo. Jedno jest pewne – popularność autora, czy też poczytność jego dzieł raczej pod uwagę brane nie są, przynajmniej w znaczeniu: czym popularniejszy (H. Murakami), tym ma większe szanse, itp. Niemniej, coś w tej prozie być musi, skoro…
Gnany ciekawością, przerwałem lekturę „Platformy” ( bądź co bądź też współczesnego pisarza francuskiego) – i sięgnąłem po „Katarzynkę”, jedyną książkę noblisty dostępną w tej chwili na rynku polskim (empik, matras).
I cóż… Pierwsze było zdziwienie (by nie powiedzieć „lekki szok”): -To tak jeszcze można pisać?? Przecież – jak pokazuje autor „Platformy” – literatura powinna demaskować, prowokować, obrażać i kpić – a tu mamy zupełnie coś innego, coś nieuchwytnego, ulotnego – są to wspomnienia, w których czytelnik się zanurza, by delektować się ich niewinnością. Jest to świat wspomnień, ledwo zarysowany, ulotny, budzący nostalgię i przekonanie, że … tak naprawdę, to „świat nie jest taki zły”. Nasza narratorka, Kasia, będąc już matką, wraca wspomnieniami do czasów, gdy sama była tak małą jak jej córka dziewczynką. Pomijając fabułę, która sprawia że książkę spokojnie można czytać dzieciom, bo nic sprośnego, wulgarnego i drastycznego w niej się nie ukrywa – rodzic znajdzie również coś dla siebie, zwłaszcza ojcowie… myślę. Uderzyło mnie, że w tych wspomnieniach dorosłej już kobiety nie ma ani jednej uwagi na temat postępowania jej ojca. Nie trzeba być bardzo bystrym obserwatorem (czytelnikiem), by dojść w którymś momencie do wniosku, że z powodu romansu ojca, matka Katarzyny decyduje się zostawić ją i jej ojca, by wrócić do swego rodzinnego kraju. Jest tylko w dwóch miejscach wzmianka na temat jakiejś nieważnej stewardessy – to wszystko. Życie się toczy dalej. Co więcej, dziecko „rozumując” na swój sposób nie dopuszcza do siebie myśli, że między mamą i tatą wydarzyło się coś złego - świat dorosłych jest dla niej terenem tajemniczym i nawet jeśli budzącym ciekawość, to jej zaspokojenie nie wiąże się z potrzebą osądzenia. Ojciec, tata jest taki jaki jest, prowadzi jakiś tam interes, dba o mnie i bardzo się stara, bym była szczęśliwa – takiego zdrowego stosunku córki do ojca każdy rodzic pewnie by sobie życzył. A matka, tancerka pozostaje w pamięci córki jako wzór do naśladowania – Kasia też zostaje tancerką i jej córka również. Koło się zamyka. Krótka historia, pokazana z wyczuciem, w sposób nienarzucający, raczej do rozważań w ciszy. Kto wie, może rzeczywiście „świat nie jest taki zły”?
Polecam!

Zabawa...

Poszerzenie pola walki - Michel Houellebecq

Zabawa nożem, ostrym nożem – taka refleksja nasunęła mi się po przeczytaniu tej liczącej zaledwie 168 stron książki. Bo jeśli przyjąć, że tytułowe „pole walki”, to obszar, na którym przyszło nam wieść swą ludzką egzystencję, a sama egzystencja to nic innego jak walka o to, by być i/lub mieć – to jeśli z jakichś względów to pole walki wydaje się nam przyciasne – wolność zdaje się być tym, co upoważnia nas do działania. Narzędziem do poszerzenia wyznaczonego dla nas „obszaru” może być np. nóż do… steków. Sposób myślenia zaproponowany przez Houellebecqa wydaje się jasny i logiczny. Niestety, niebezpieczeństwo takiego myślenia i napięcie, jakie niesie ono ze sobą - sprawiają, że tak błaha czynność, jaką jest kupno np. łóżka, może wywołać depresję i w konsekwencji doprowadzić do samobójstwa.
Optymistom twierdzącym, że to my sami jesteśmy „kowalami własnego losu” Houellebecq podsuwa do rozważań „życie” pewnego informatyka. Ów informatyk, trybik w jakiejś machinie korporacyjnej, wiedzie swój żywot na nienajgorszym poziomie w wymiarze materialnym, lecz z jakichś niejasnych względów – jest samotny. Do tego z powodu braku pomysłu na swoje życie („niedziela żadna, poniedziałek równie bezbarwny”) - żyje z dnia na dzień; zniechęcony, zblazowany, „wybrandzlowany” i apatyczny zaczyna korzystać z pomocy psychiatry. Jego bezpośredni przełożony - również człowiek samotny – zalicza się z kolei do tych nieszczęśników, którzy - wierząc w czystość uczuć - walczą do końca, by ich odrażająca dla płci pięknej powłoka cielesna nie stanowiła przeszkody w nawiązaniu szczerej i radosnej relacji z kobietą. Razem, oddelegowani do jakiejś mieściny, mają przeprowadzić szkolenie w zakresie obsługi wyprodukowanego przez ich firmę oprogramowania. Tak w zarysie wygląda fabuła.

 

 

Czy warto?


Houellebecq jest precyzyjny i operuje swym piórem niczym skalpelem, by odkryć przed czytelnikiem stan ducha współczesnego człowieka, przy czym – co ważne – NIE USPRAWIEDLIWIA swoich bohaterów, lecz stawia diagnozę. Stwierdza (słowami narratora), że liberalizm, w jakim żyjemy, dotyczy nie tylko systemu ekonomicznego, lecz również - poprzez zbliżony mechanizm - oddziałuje na system seksualny, w którym współczesny człowiek żyje. Czym są owe systemy?
„W systemie ekonomicznym (..) każdemu udaje się lepiej lub gorzej znaleźć swoje miejsce”, stąd „niektórzy dochodzą do znacznego majątku, inni są bezrobotni i gniją w nędzy”. Natomiast w systemie seksualnym - „każdemu udaje się lepiej lub gorzej znaleźć swojego partnera łóżkowego”, stąd „niektórzy mają różnorodne i ekscytujące życie erotyczne, inni skazani są na masturbację i samotność” [str. 107]. Sprawa jasna. Tak zdefiniowane systemy umiejscawiają człowieka w „polu walki”, które za sprawą wolności (jak się okazuje pozornej) zostaje poszerzone, więc: „przedsiębiorcy wydzierają sobie młodych wykształconych ludzi; kobiety wydzierają sobie młodych mężczyzn; mężczyźni wydzierają sobie młode kobiety; zamęt i poruszenie są wielkie” [str. 108].
Moim zdaniem Houellebecqa warto czytać, bo jest to pisarz nie bojący się pisać o sprawach oczywistych, które z jakichś powodów są spychane przez nas na dalszy plan (zamiatane pod dywan) i ignorowane jako mało ważne. Okazać się jednak może, iż „stawianie diagnozy” bywa pomocne także w przypadku osoby zdrowej, bowiem - tak naprawdę - nie ma osób zdrowych, są tylko... nieprzebadane.

Wściekłość i wrzask - William Faulkner

Wściekłość i wrzask

Być jak... pies Luriego

Hańba - John Maxwell Coetzee

Do przeczytania „Hańby” (oryg. "Disgrace") zachęcił mnie film Steve'a Jacobsona pod tym samym tytułem. John Malkovich w charakterystyczny dla siebie sposób, pełen powściągliwości i niedopowiedzeń, pokazuje nam świat widziany oczami Davida Lurie . Jednak nie o filmie chciałbym napisać, lecz o książce, której przeczytanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że film - nawet genialnie zagrany przez aktorów – nie odda głębi pierwowzoru.


Fabuła powieści jest bardzo zwarta.
Coetzee w prosty i rzeczowy sposób relacjonuje czytelnikowi przebieg zdarzeń, mających miejsce w życiu pięćdziesięciodwuletniego mężczyzny, który za sprawą „cnoty namiętności” uwikłał się w romans ze swoją studentką i w konsekwencji - pohańbiony i odrzucony przez środowisko, w którym się obracał - znalazł się gdzieś w afrykańskiej wiosce, w domu jego córki.
Narracja jest prowadzona w taki sposób, że czytelnik patrzy na świat oczami tego mężczyzny, zna jego myśli i poglądy, a ukształtowana w ten sposób rzeczywistość wydaje się być pozbawiona emocji, chłodna, zabarwiona nieco ironią.

Kim jest David Lurie, główny bohater tej książki?


Profesor David Lurie z zawodu jest uczonym; na życie zarabiał najpierw jako wykładowca języków nowożytnych, potem - jako adiunkt w dziedzinie komunikacji społecznej - prowadził ćwiczenia ze studentami Politechniki Kapsztadzkiej. By podnieść „morale studentów” prowadził ponadto specjalistyczny kurs na temat poezji romantycznej. W towarzystwie kobiet czuł się dobrze. Czerpał z relacji damsko – męskich szczodrze. Prawdopodobnie z tej przyczyny dwa razy się rozwiódł. Z pierwszego małżeństwa ma córkę, Lucy, z którą po skandalu na uczelni – zamieszkał.
Lucy jest kobietą „wyzwoloną”. Zamieszkała na farmie ze swoją przyjaciółką Helen, z dala od cywilizacji, by być bliżej natury. Według niej „jedynym istniejącym życiem jest to, które dzielimy ze zwierzętami”. W pewnym momencie Helen wyjechała, a Lucy została sama ze swoimi warzywami, kwiatami, z psami, którymi się opiekowała. Mogła liczyć na pomoc mieszkającego w pobliżu czarnoskórego Petrusa, który zamieszkiwał nieopodal w rozpadającej się stajni. Bardzo ciekawa wydaje się konfrontacja wykształconego profesora z tym wieśniakiem. Coetzee nie ocenia i nie osądza, lecz w tym zestawieniu David Lurie jako mężczyzna „ukształtowany” przez dziedzictwo kultury wyraźnie przegrywa ze sprytnym życiowo i zaradnym Petrusem, przynajmniej na jego terenie. Petrus ma dwie żony i cała swoją energię wkłada w to, by zapewnić swoim kobietom oraz dziecku, które ma się urodzić, bezpieczeństwo i odpowiednie warunki do życia.
David był żonaty dwukrotnie, lecz z żadną z tych kobiet nie potrafił założyć trwałego związku. Jako ojciec jedynego swojego dziecka, Lucy, też się nie sprawdził. Co więcej, pobity przez trzech napastników nie był w stanie nic zrobić, gdy jego córka była gwałcona prawie że w jego obecności.
Ważna dla zrozumienia filozofii życiowej Davida wydaje się być jego rozmowa z córką krótko przed napadem, który zakończył się gwałtem:


„– Kiedy byłaś mała, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Kenilworth, nasi sąsiedzi mieli psa, goldena. Nie wiem, czy pamiętasz.
– Mgliście.
– Za każdym razem, kiedy w okolicy pojawiała się suka, pies podniecał się i przestawał słuchać swoich państwa, a oni z regularnością godną samego Pawłowa bili go. Powtarzało się to, aż w końcu biedak już zupełnie nie wiedział, co ma robić. Ledwo zwęszył sukę, zaczynał uganiać się po ogrodzie, z uszami położonymi po sobie, z podwiniętym ogonem. Skomlał i szukał, gdzie by się schować.
Przerywa.
– Nie rozumiem, co ma z tego niby wynikać – mówi Lucy. No bo rzeczywiście, co z tego wynika?
– Całe to widowisko miało w sobie coś tak nikczemnego, że doprowadzało mnie do rozpaczy. Moim zdaniem psa można ukarać za konkretne wykroczenie, na przykład jeżeli pogryzie kapeć. Sam pies uzna taką karę za sprawiedliwą – pogryzł kapeć, więc dostał lanie. Ale z żądzą sprawa ma się zupełnie inaczej. Żadne zwierzę nie dopatrzy się sprawiedliwości w karze wymierzonej za to, że posłuchało własnego instynktu.
– Czyli samcom trzeba pozwolić, żeby podążali za swoimi instynktami bez żadnych ograniczeń? Czy taki stąd płynie morał?
– Nie, nie taki. A nikczemność widowiska z Kenilworth polegała na tym, że nieszczęsny pies znienawidził w końcu własną naturę. Odtąd bicie stało się niepotrzebne. Gotów był sam się ukarać. W tym momencie lepiej byłoby go zastrzelić.
– Albo wysterylizować.
– Może. Ale w najskrytszej głębi duszy myślę, że wolałby dostać kulę. Kto wie, czy nie wolałby śmierci od tych dwóch wariantów życia, które mu dano do wyboru: albo zaprze się własnej natury, albo spędzi resztę swoich dni, człapiąc po salonie, wzdychając, obwąchując kota i obrastając sadłem.
– Zawsze tak to odczuwałeś, David?
– Nie, nie zawsze. Zdarzało mi się czuć coś wręcz przeciwnego – że żądza to brzemię, bez którego świetnie moglibyśmy się obejść”.


Coetzee zadaje czytelnikowi pytanie na temat ludzkiej seksualności i to w obliczu gwałtu na lesbijce.
Czy Lurie’mu jako ojcu i jako mężczyźnie, który sam dopuścił się gwałtu na swojej studentce, otworzyły się oczy i czy zrozumiał, że uleganie żądzy, tej „cnocie namiętności” jest dla człowieka haniebne?
Nie sądzę. David Lurie nadal żył zgodnie ze swoją naturą, nadal szukał okazji, by zaspokoić swoją żądzę. Jego wymagania nie były wielkie. Zadowolił go nawet romans z kobietą wybitnie „niepowabną”, z Bev. Można odnieść wrażenie, że uległ tej pokusie z jakichś wyższych pobudek, ponieważ uważał, że nawet taka kobieta „o imieniu dobrym dla krowy” zasługuje na to, by choć przez chwilę „mieć kochanka” .
Jedyna zmiana, jaka w nim zaszła, to jego stosunek do psów. Psy trafiały do kliniki, bo nikt ich nie chciał ( „albowiem jest nas zbyt wielkie mnóstwo” ) i jako psi grabarz pomagał Bev w ich uśmiercaniu. Trzymał je „żeby stały nieruchomo, zanim igła trafi w żyłę, narkotyk uderzy w serce, łapy się ugną, a ślepia zmętnieją”. Czy to nie jest ta kula, o której mówił w rozmowie z córką? Myślę, że tak. „Lurie ratuje honor trupów, bo nikt inny nie jest dość głupi, żeby się tego podjąć”.


Tak samo jak nie powinno się zmuszać do robienia czegoś wbrew własnej naturze, nie powinno się – w świecie Lurie’go – „obtłukiwać zwłok łopatami, żeby nadać im kształt ułatwiający dalszą obróbkę”.

Coetzee stawia bardzo dużo pytań i nie udziela jednoznacznych odpowiedzi. Jest jak dobry i wymagający nauczyciel, który zmusza czytelnika do zastanowienia się i zachęca do odnalezienia odpowiedzi w sobie. Nie podaje gotowych rozwiązań. Nie jest moralizatorski i właśnie dlatego uważam, że po jego książki warto sięgać. Polecam wszystkim, którym nie zależy na… jedynej słusznej "prawdzie".

Śmiech w ciemności - Leszek Engelking, Vladimir Nabokov

Jak ciężkie może być życie mężczyzny o ugruntowanej już pozycji społecznej, mającego kochającą żonę i dziecko, i spory majątek - który w tzw. kryzysie wieku średniego nagle "oślepnie" pod wpływem pożądania do młodszej (znacznie młodszej) kobiety. Nabokov nie daje swemu bohaterowi Albinusowi żadnej szansy - niczym arcymistrz szachowy stworzył takie studium, w którym mat jest nieunikniony, a cały koloryt i smaczek w dochodzeniu do tego mata tkwi w szczegółach, opowiedzianych przez Nabokova w sposób mistrzowski. I nie chodzi tu o problem zdrady czy niewierności małżeńskiej. Problem raczej tkwi w tym, jak łatwo można ulec złudzeniu szczęścia i w konsekwencji stoczyć się na samo dno, gdzie w mrokach swej pożądliwości nie dostrzegamy już niczego i nikogo poza obiektem swego upadku.
Lektura obowiązkowa dla... niewiernych.

"Мастер... психологического романа"

Mistrz  z Petersburga - J.M. Coetzee

"Jakie książki pan pisze? (...) Piszę wypaczenie prawdy. Obieram kręte drogi i prowadzę dziatki w ciemne zakątki. Kroczę za tańcem pióra". [str. 237]
Czy aby na pewno? Czy Coetzee w tej niewielkiej objętościowo książeczce, powołując do życia wielkiego pisarza, jakim był niewątpliwie Dostojewski, może wkładać w Jego usta takie słowa? Wystarczy sięgnąć choćby do Przybylskiego Dostojewski i przeklęte problemy, by stwierdzić, że zupełnie inną rolę Dostojewski przypisywał literaturze. Przedstawiony przez Coetzee w tak "skondensowanej" formie Mistrz, autor "Zbrodni i kary" czy "Biesów" (widać bardzo wyraźnie wysiłki noblisty, by - korzystając z tych dwóch powieści - oddać atmosferę XIX-wiecznego Petersburga) - jawi się czytelnikowi jako człowiek pęknięty wewnętrznie (jak dzwon?) i opętany (epileptyk?), który wraca do Rosji z zagranicy pod przybranym nazwiskiem (unika w ten sposób swoich wierzycieli) z powodu tajemniczej śmierci swego pasierba. Dostojewski nie jest ojcem biologicznym, to nie Jego krew, a mimo to z rozpaczy (to taka gra?) "tarza się" na grobie Pawła na oczach obcej kobiety (wdowy), u której Paweł wynajmował pokój, i na oczach jej córki, Matrioszy. W Dreźnie czeka na Mistrza jego żona, Ania z jego dzieckiem. Nie przeszkadza to - zdaniem Coetzee – Mistrzowi, by rozpocząć namiętny romans z wdową, która „bez reszty oddawała się erotyzmowi”. Co więcej, Mistrz w trakcie spółkowania słyszy z jej ust „słowo: diabeł. Jest to słowo, którego on sam używa, chociaż nie wierzy, że w takim samym sensie co ona. D i a b e l s t w o: chwila rozpoczęcia orgazmu, gdy dusza zostaje wyrwana z ciała i spada spiralą w niepamięć. I gdy tak rzuca głową na boki, zaciska zęby, jęczy, nietrudno dostrzec, że jest również opętana przez diabła” [str. 233].
Dla pełniejszego obrazu Mistrza-człowieka, trzeba dorzucić jeszcze coś o biednych i głodnych dzieciach mieszkających gdzieś w wiecznie wilgotnej piwnicy, siedzących z podkurczonymi nóżkami i czekających aż prostytuująca się matka przyniesie dla nich coś do jedzenia. Mistrz ma dobre serce, więc zwraca się do tej matki (by dotknąć, skoro ma zapłacić?): „- Pokaż mi swoje piersi. Kobieta odpina drugi guzik i odsłania obie piersi. Sutki sterczą z zimna. Unosząc je palcami, lekko je uciska. Na jednej z nich pojawia się kropelka mleka. Ma pięć rubli (…) Daje kobiecie dwa. Ta bierze monety bez słowa i zawija w chusteczkę.” [str.199]. Oczywiście, to mało, bo życie wewnętrzne Mistrza jest bardziej złożone - więc kilka fragmentów ze "Spowiedzi Stawrogina" (pedofilia?), no i motyw ojciec - syn, rywalizacja, zazdrość... „The Master of Petersburg” – czy taki był Petersburg za czasów Dostojewskiego? Czy to tylko fantazja Mistrza – (wypaczenie prawdy?), tak jak fantazją Coetzee jest Mistrz – człowiek?

 

 

Na to pytanie czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam. Mam problem z poleceniem tej lektury, bo nie wiem, do kogo Coetzee ją adresuje? Czy kryminał z Dostojewskim w roli Mistrza może spodobać się czytelnikowi, który choćby częściowo poznał twórczość autora "Wspomnień z domu umarłych"? Obawiam się, że nie – to tak jakby być świadkiem pojedynku szachowego między Mistrzem a… komputerem zaprogramowanym "w stylu Dostojewskiego". A czy taka „quasi-dostojewszczyzna” w pigułce może być dla osoby, która coś tam kiedyś słyszała o kimś takim jak np. Raskolnikow, który rozłupuje siekierą głowę starej lichwiarki? Być może...
Łatwo wyłapać akcenty (obrazy), gorzej z utworzeniem przy ich pomocy spójnej całości, która prowadzi do stwierdzenia: Dostojewski jest Mistrzem nie tyle Petersburga, co powieści psychologicznej.

"W każdym razie"...

Todo modo - Leonardo Sciascia

Czytanie książek ma to do siebie, że zostajemy w trakcie lektury „wciągnięci” przez jej bohaterów w dyskusję. Im temat dyskusji ciekawszy, tym bardziej się angażujemy; sprawdzamy, które stanowisko jest nam bliższe; zgadzamy się lub nie z tokiem rozumowania owych postaci, mniej lub bardziej wiarygodnych, mniej lub bardziej sympatycznych.
 „Todo modo” (port. „w każdym razie”) zabiera nas w dość nietypowe (by nie powiedzieć dziwne) miejsce. Znajdujemy się w hotelu-pustelni i bierzemy udział w rekolekcjach, a dokładniej – będziemy „ćwiczyć ducha w charakterze obserwatora cudzych ćwiczeń duchowych”. Sytuacja na pierwszy rzut oka groteskowa, zwłaszcza że nasz narrator, profesor malarstwa, to ateista. Przy tym jest to sympatyczny mężczyzna około pięćdziesiątki z dość wyszukanym poczuciem humoru i darem widzenia rzeczy mało widocznych (w końcu jest znanym artystą malarzem).
Ćwiczenie ducha to zadanie trudne, wymagające od ćwiczących dyscypliny i podporządkowania potrzeb grzesznego ciała uczuciom wyższym.
Dobrze się jednak dzieje (dla ciała), że prowadzącym rekolekcje jest wyjątkowy ksiądz. O wyjątkowości don Geatano może świadczyć np. to, że nie ma nic przeciwko temu, by żonatym mężczyznom odprawiającym tu „ćwiczenia ducha” (a „ćwiczący” to nie byle kto, bo sama śmietanka, a więc ministrowie, przemysłowcy, adwokaci itp. ) towarzyszyły ich kochanki. Bo – zdaniem rekolekcjonisty – „najlepszy sposób uprawiania miłości to ten szybki, przypadkowy, jaki mają do zaofiarowania prostytutki…”. Prawda, że dyskusyjne?
 Takich „rewelacji” jest tu więcej, bo don Geatano, to człowiek oczytany, wykształcony, o silnej i wyrazistej osobowości. (Warto nadmienić w tym miejscu, że na podstawie książki powstał film  pod tym samym tytułem, w którym w rolę don Geatano wcielił się Marcello Mastroianni, a muzykę skomponował Enio Moriccone – gratka dla miłośników włoskich filmów z lat siedemdziesiątych).(fot. IMDb)
Z wypiekami więc wsłuchujemy się w dyskusje na temat Kościoła, Chrystusa, państwa. Słyszymy przy okazji o wielkich malarzach i ich dziełach, choćby o cyklu Redona „Kuszenie św. Antoniego”.
By jednak książka nie miała znamion traktatu filozoficznego, co na dłuższą metę mogłoby znużyć mniej wprawnego czytelnika - Leonardo Sciascia wplótł do niej w sposób bardzo sprytny wątek kryminalny. Mamy okazję dzięki temu poobserwować całe to zamieszanie również oczami osób „z zewnątrz”, czyli prokuratora oraz podległego mu komisarza. Zabawa przednia, bo stróżowie prawa wobec zaistniałej sytuacji są bezradni, zagubieni i … po prostu komiczni.
Nie powinno to jednak zmylić czujnego czytelnika. Wątek sensacyjny się kończy nagle, tak jak nagle się zaczął. Możemy czuć w związku z tym pewien niedosyt, a nawet być rozczarowani.
Zdaje się, że taki ma być to koniec.
Tak jak po wybuchu śmiechu, gdy wybrzmi do końca ostatni chichot, następuje w końcu cisza, z którą tak naprawdę nie wiadomo, co zrobić - tak i tu, z ostatnim słowem „Todo modo” zastanawiamy się, czy oby na pewno to tylko fikcja literacka?

– Słowem, źle się dzieje czy nie? – zapytał wszystkich trzech don Gaetano.
– To zależy z czyjego punktu widzenia – odpowiedział minister.
– Z punktu widzenia – oświadczył komisarz – tego, który trzyma ręce we własnych kieszeniach, dzieje się jak najgorzej.
Zaległa cisza: jak wśród dobrze wychowanych ludzi, którzy spostrzegli, że w ich towarzystwie znajduje się człowiek źle wychowany. Po czym prezes powiedział:
– Nie w tym rzecz, że trzyma się ręce we własnych kieszeniach czy w cudzych; rzecz w tym…
– …aby można było nadal uprawiać magiczną sztukę sięgania do cudzych kieszeni – uzupełniłem. – To znaczy, aby coś z nich jeszcze wygrzebać.
– Państwo nie jest złodziejem kieszonkowym – rzekł z oburzeniem minister.
– No pewno, że nie jest złodziejem kieszonkowym – potwierdził z mniejszym oburzeniem prezes.
– Ależ panowie – powiedział don Gaetano do ministra i prezesa – nie zechcecie chyba zasmucić mnie utrzymując, że państwo jeszcze istnieje… W moim wieku, przy całym zaufaniu, jakie do was żywię, byłaby to rewelacja nie do zniesienia. Byłem taki spokojny, że już go nie ma…”.

Polecam… todo modo.

"Świat jest mną znużony, podobnie jak ja nim."

Mapa i terytorium - Michel Houellebecq

Książka ważna i na pewno warta uważnego przeczytania. Jest to moje pierwsze spotkanie z prozą Michel Houellebecq’a i być może właśnie dzięki temu, że nie zostałem wcześniej „wciągnięty w grę”, jaką niewątpliwie uprawia z czytelnikiem swych utworów każdy pisarz – moje spojrzenie na „Mapę…” jest – a wnoszę tak na podstawie przeczytanych o książce opinii, bardzo mądrych, świadczących o dużej wiedzy ich autorów – nieco inne. Każdy, kto książkę tę przeczytał przyznać musi, że nagromadzono w niej tyle detali, począwszy od nazw mniej lub bardziej znanych firm produktów użytkowych, przez całe mnóstwo nazwisk osób, które „zrobiły karierę” i/lub stały się celebrytami, poprzez użycie terminów z ekonomii, informatyki, a skończywszy na przytoczeniu instrukcji obsługi aparatu cyfrowego, a nawet na szczegółowych opisach zaczerpniętych z Wikipedii (mucha domowa) – że zawartej w niej wiedzy starczyłoby na niejeden referat. Odnieść można wrażenie, że jesteśmy na sympozjum (Elizabeth Costello?) i zaczynamy podążać drogą myśli… przewrotnych myśli Michel Houellebecq’a. W którymś momencie pojawia się na kartach tej powieści… ku zdziwieniu lub uciesze czytelnika sam autor-pisarz. Pięknie, nie ma chyba nic bardziej fascynującego od poobcowania na kartach czytanej książki z jej autorem. W ogóle, będąc świadkami kariery artysty (nazwijmy to umownie) sztuk wizualnych, bo Jed to fotograf, malarz, grafik – uczestniczymy w wystawach jego prac i mamy dzięki temu możliwość zetknięcia się z odbiorcami Martinowskich dzieł. I tu chyba następuje pewne dystansowanie się, zarys pewnego wyalienowania i zastanowienie nad tym, co powinno dla każdego człowieka, stadnej skądinąd istoty – być największą wartością. Tą wartością powinien być... drugi człowiek.
Relacje między poszczególnymi postaciami powieści są powierzchowne, chciałoby się powiedzieć nawet, że nieludzkie, pozbawione emocji, schematyczne wręcz.
Otoczeni produktami masowymi, sami zaczynamy traktować innych przedmiotowo. I tak odbieram tę książkę. Człowiek współczesny tak naprawdę przestaje mieć przyjaciół, ponieważ zanika w nim potrzeba dzielenia się sobą i swoim czasem. Są tylko „interesy”. Cała jego uwaga bowiem skupia się na otaczających go przedmiotach, na posiadaniu takiej lub innej marki samochodów np. , na zdobyciu „wartościowych w wymiarze ich ceny” dzieł sztuki.
Nie jest to książka optymistyczna, nie ma w niej budującego przesłania – pomimo całej masy drobiazgów, wypełniających tę książkę po brzegi – tak naprawdę przytłacza nas ziejąca z niej pustka. Smutek to dobry stan, każe spojrzeć w głąb siebie, zastanowić się, czy aby na pewno budowanie wokół siebie trzymetrowego muru z drutami o niskim napięciu, to jedyny sposób na realizowanie się? Być może na realizowanie tak, ale czy to jest jeszcze życie?
Na zakończenie taka refleksja. Mapa to odzwierciedlenie konkretnego „terytorium” przy pomocy umownych znaków. Czy przypadkiem nie dzieje się tak, że wolimy otaczać się atrakcyjnie wyglądającymi „mapami” niż podjąć trud dotarcia do sedna, które one wskazują? Próbą usprawiedliwienia takiego stanu rzeczy może być motto tej powieści, które brzmi:
"Świat jest mną znużony, podobnie jak ja nim."

Wieczny mąż i inne utwory

Wieczny mąż i inne utwory - Fiodor Dostojewski W prozie Dostojewskiego zawsze fascynował mnie sposób, w jaki pisarz portretuje swoich bohaterów. Kilka zdań, kilka słów i przed oczami czytelnika staje postać „z krwi i kości”. Jest ona na tyle rzeczywista i wiarygodna, że „czujemy” ją i z łatwością możemy się z nią utożsamić. „Wieczny mąż” (oryg. Вечный муж , 1870) to niewielkich rozmiarów opowiadanie o problemie starym jak stary jest sam związek małżeński, czyli o niewierności małżeńskiej. Dostojewski, doskonały znawca ludzkiej duszy, kilkakrotnie nieszczęśliwie zakochany, do tego dwukrotnie żonaty, w sposób, nazwijmy to „elegancki” ukazuje nam pewien trójkąt: mamy więc niewierną żonę, jej „wiecznego” męża oraz „przyjaciela” rodziny, który w opowiadaniu pełni rolę narratora. Co to znaczy „wieczny mąż”? „Taki człowiek rodzi się i rozwija jedynie po to, ażeby się ożenić, a ożeniwszy się natychmiast musi stać się tylko dodatkiem do swojej żony, nawet i w tym wypadku, gdyby to był człowiek o zupełnie odrębnym i bezsprzecznie indywidualnym charakterze. Główną oznaką takiego męża to wiadoma ozdoba. Nie być rogaczem taki mąż nie może, tak jak słońce nie może nie świecić; jednakże on nie tylko o tym nigdy nie wie, ale z natury rzeczy nigdy nie może się nawet dowiedzieć" – w taki oto sposób narrator nasz „widzi” męża, któremu najspokojniej w świecie przyprawia rogi. Do czasu, oczywiście, bo – jak to bywa w przypadku niewierności – przychodzi nuda i trzeba się rozstać. Los „starego, zużytego pantofla” podzielił więc i nasz narratora. Cóż, samo życie… A co, jeśli ten „wieczny mąż” stanie się wdowcem i po śmierci swej niewiernej żony „odkryje”, jak naprawdę wyglądał ten jego „szczęśliwy” związek małżeński? A jeśli do tego dowie się, że owoc tego związku, jego upragnione i długo oczekiwane dziecko, to… bękart? Sytuacja dość złożona, problemy jak najbardziej życiowe, wiecznie aktualne, ludzkie. „Wieczny mąż” pozbawiony kontroli ze strony zmarłej małżonki „musi” odreagować, to oczywiste. Ale czy z ofiary może przerodzić się w kata i zarazem być prześladowcą tych, co mu rogi przyprawiali? Studium ludzkiej natury pierwsza klasa! Pewnego smaczku i pikanterii może dodać tu insynuacja, że ów rogacz był zafascynowany swoim przyjacielem i … też się w nim podkochiwał. Polecam!

Dzwon

Dzwon - Iris Murdoch Lektura zmuszająca uważnego czytelnika do zastanowienia się nad ludzkim życiem, nad dobrem, które drzemie w każdym z nas, nawet jeśli próbuje się nam wmówić - choć naszym zdaniem robimy coś w dobrej wierze - że to, co robimy jest złe. Mówi się, że wiara czyni cuda. Jednak "przynależność" do grupy wierzących stawia przed jednostką pewne wymagania. Jednym z takich wymagań jest wyzbycie się skłonności do miłości innej niż ta, która zostaje potwierdzona sakramentem małżeństwa. Murdoch z dużym wyczuciem kreśli portret psychologiczny mężczyzny (Michała) o orientacji homoseksualnej. Siła uczuć między dorosłym mężczyzną a młodym chłopcem (Nick, a potem Toby) stawiana jest na równi z wzniosłością uczuć religijnych. Czy w takiej sytuacji można mówić o szczęściu? Czy rzeczywiście wiara czyni cuda? Tytułowy dzwon zabrzmiał trzykrotnie. Pierwszy raz, gdy został wydobyty z jeziora i zawieszony w stodole i to w momencie, gdy młody chłopak (Toby) szukający swej tożsamości seksualnej rzucił się w podnieceniu na młodą mężatkę (Dorę), by "sprawdzić", czy jest normalny (miał wątpliwości po zdarzeniu z Michałem). Dźwięk był mało słyszalny. Usłyszeli go tylko nieliczni. (Wymowne jest to, kto usłyszał). Drugi raz, gdy Dora w poczuciu swej beznadziejnej sytuacji życiowej (spowodowanej małżeństwem z nieodpowiednim mężczyzną, Pawłem) rozkołysała go tak, że jego dźwięk przywołał do stodoły, pomimo środka nocy - prawie wszystkich (za wyjątkiem biskupa, co też jest wymowne). No i trzeci raz, już niezależnie od Dory, gdy to uwierzyła w siebie i gdy płynęła sama łódką, a jego dźwięk rozbrzmiewał z wieży, czyli z właściwego już miejsca. Jednak takim "brzmieniem" dzwonu mogą być też kazania wygłaszane przez Michała i Nicka. Warto przyjrzeć się im uważniej. By pełniej wniknąć w poruszane zagadnienia, sięgnąłem po film autobiograficzny o Iris Murdoch ("Iris" 2001). Polecam, zarówno książkę jak i film :)

Płeć wiśni

Płeć wiśni - Jeanette Winterson „Płeć wiśni” (oryg. ‘Sexing the cherry’) to przede wszystkim rozważania o ludzkiej seksualności i zależnościach związanych z przynależnością do danej płci. Może w przypadku wiśni, a więc drzewka owocowego rozważania o płci wydają się co najmniej dziwaczne, to w przypadku człowieka, który rodzi się dziewczynką lub chłopcem, warto zastanowić się, co takiego decyduje, że z chłopca wyrasta mężczyzna, a z dziewczynki kobieta? I czy te dwa różne światy: świat mężczyzn i świat kobiet mogą współistnieć ze sobą w pełnej harmonii i zgodzie? Jeśli tak, to jakie warunki powinny zostać spełnione? Jeanette Winterson jako zdeklarowana lesbijka - wskazuje pewną siłę, której nie sposób okiełznać – jest nią naturalna siła ludzkiej pożądliwości. (Podobne rozważania znaleźć można w "Hańbie" J. M. Coetzee.) Siła ta rządzi się własnymi prawami, nie można więc nadać jej kierunku i przyporządkować konkretnej płci. Jest to coś pierwotnego i nie sposób poprzez "odpowiednie" dla osobników rodzaju żeńskiego czy męskiego wychowywanie narzucić seksualności "poprawność" działania. Walczyć z nią poprzez ograniczenia (purytanizm) nie ma sensu, bo poprzez tłumienie jej prędzej czy później może dojść do „epidemii miłości”. Fałszywie udawać przed światem, że jest się osobą „normalną”, a potajemnie spotykać się w „burdelach” i dawać upust swoim żądzom (również o zoofilii autorka nie zapomina) – czy to jest to PRAWO, według którego ŚWIAT MA SIĘ KOJARZYĆ i PARZYĆ? Pytań jest znacznie więcej… I jak to z dobrą literaturą bywa, czytelnik sam - opierając się na swej wrażliwości i doświadczeniu - powinien szukać odpowiedzi w sobie. Polecam!

Całując ul

Całując ul - Jonathan Carroll "Jest takie rosyjskie przysłowie: „Prawda jest jak pszczoła — żądli prosto w oczy”. Jedna z prawd na mój temat jest taka, że piszę książki, które z założenia mają bawić, ale żadna z nich nie pretenduje do tego, aby być wielką. To mi wystarcza." Są to słowa Sama Bayera, głównego bohatera i narratora powieści "Całując ul", który będąc pisarzem dość popularnym, zaczyna cierpieć na niemoc twórczą. Szukając pomysłu na kolejną powieść, (która ma bawić) Sam postanawia wrócić do swej rodzinnej miejscowości, Crane’s View. Tam przypomina sobie zdarzenie, które być może zaważyło na jego życiu do tego stopnia, że wszelkie próby stworzenia związku z kobietą kończą się (trzykrotny rozwodnik) niepowodzeniem. Jako młody chłopak, kąpiąc się w pobliskiej rzece odnajduje zwłoki zamordowanej młodej dziewczyny. Nie czuje strachu czy obrzydzenia, lecz ciekawość, każącą mu dotknąć martwego nagiego ciała, oczyścić twarz trupa ze śluzu i odholować do brzegu. (Jonathan Carroll sięga do autentycznego wydarzenia mającego miejsce w jego życiu, a mianowicie do znalezienia przez niego zwłok młodej dziewczyny, którą wyłowił z pobliskiej rzeki.) Dla Sama Bayera wydarzenie to staje się punktem wyjścia pisanej powieści. Kim była Pauline Ostrova? Kto ją zamordował? Od zbrodni minęło trzydzieści lat, pojawiają się jednak okoliczności, które rzucają nowe światło. Autor "Krainy chichów" ponownie zabiera czytelników do niewielkiego amerykańskiego miasteczka. Tym razem mamy do czynienia z morderstwem pięknej dziewczyny, która niczym Laura Palmer z serialu Davida Lyncha "Miasteczko Twin Peaks" - przed śmiercią budzi w mieszkańcach zachwyt, ale i zgorszenie. Aby sytuację bardziej skomplikować, autor "Całując ul" stworzył sobowtóra zamordowanej, Veronicę Lake (jest to pseudonim artystyczny znanej aktorki, Constance Frances Marie Ockleman - schizofreniczki o oczach chłodnych jak amerykańskie jeziora), która "opętana przez duchy", do tego nieszczęśliwie zakochana w Samie, za wszelką cenę chce pomóc pisarzowi napisać książkę zawierającą prawdę i o zamordowanej, i o mordercy. Książkę czyta się szybko i lekko - bo to książka, która ma przede wszystkim bawić. I ... bawi:)

Kraina Chichów

Kraina Chichów - Jonathan Carroll W „Krainie Chichów” (oryg. „The Land of Laughs”) zastanawiający wydał mi się sposób, w jaki Jonathan Carroll „nakłada” na siebie dwie rzeczywistości: z jednej strony czytelnik ma do czynienia ze „światem” nauczyciela, Toma (Tomasza?!), który jak nikt potrafi zachęcić młodych ludzi do obcowania z literaturą, człowieka raczej nijakiego z powodu życia w cieniu ojca – sławnego aktora; z drugiej strony - ze „światem” Anny, córki niesłychanie oryginalnego i kreatywnego pisarza, Marshalla France’a. Takim „stykiem” tych dwóch światów jest tytułowa „Kraina śmiechów”, czyli senne amerykańskie miasteczko ze swymi „małymi tajemnicami” à la Twin Peaks o nazwie Galen. Zanim jednak przyjrzymy się mieszkającej tam społeczności, warto zapoznać się z naszym nader dowcipnym narratorem. Jonathan Carroll narratorem swej powieści czyni Toma, który daje się poznać jako człowiek trochę jakby zagubiony i bez pomysłu na swe nijakie życie, ale za to będącego właścicielem bogatej kolekcji masek i mającego fioła na punkcie książek napisanych przez idola z lat dziecięcych – wspomnianego wcześniej Marshalla France’a. Odkąd Tom spotyka w antykwariacie „niebrzydką lalunię w dżinsowej spódnicy”( Saxony Gardne) , która dosłownie sprzed nosa sprzątnęła mu „Brzoskwiniowe Cienie” France’a - odkąd ta „lalunia” - jak się później okazało fanatyczka marionetek – poznała plan Toma, który marzy o napisaniu biografii France’a – ich drogie się łączą i razem udają się do rzeczonego Galen. On, pisarz-amator rozsmakowany w świecie masek, gry i udawania, i ona - pasjonatka lalek na sznurkach. Dlaczego akurat oni? Być może dlatego, że – jak się zastanawia Tom: „(…) France działa tylko na takie dziwadła jak my: na małe dziewczynki leżące w szpitalu i zafascynowane marionetkami oraz na małych chłopców, poddawanych psychoanalizie od piątego roku życia, którzy mają wspaniałych ojców.” I ten realny dla czytelnika świat, ta - chciałoby się rzec – realna rzeczywistość, w której czytelnik całkiem dobrze się czuje – nagle, z chwilą przyjazdu Toma i Sax do Galen zostaje jakby nałożona na rzeczywistość wykreowaną przez France’a. Nie wgłębiając się w szczegóły w stylu zamiana człowieka w sympatycznego „potworka”, jakim jest bullterier (okładka wydania angielskiego jest zdecydowanie ciekawsza od wydania polskiego), czy spokojne przyjęcie przez przesympatycznych mieszkańców Galen śmierci dziecka przejechanego przez furgonetkę – warto zwrócić uwagę na stosunek Galeńczyków do życia w ogóle: „- Nie rozumiesz, Tom. Teraz mam trzydzieści dziewięć lat, tak? Wiem na pewno, że zostało mi jeszcze dwanaście. Śmierć mnie nie przeraża. A ciebie przeraża, co? Przyznaj się, że bywają dni, kiedy wstajesz rano i mówisz sobie: „Może dzisiaj zostanę kaleką na całe życie”, albo coś w tym stylu. A my tu nigdy, nawet przez dwie sekundy, nie myślimy w ten sposób. Mam artretyzm rąk i umrę na raka mając pięćdziesiąt jeden lat. I kto z nas dwóch ma lepiej, ty czy ja? Sam powiedz uczciwie.” No właśnie, lepiej wiedzieć, ile czasu mamy do dyspozycji i spokojnie żyć i czekać na ten dzień, czy żyć w niepewności? – to jedno z dość ważnych pytań tej powieści. Przyjrzyjmy się teraz „elementowi” łączącemu te dwie rzeczywistości, atrakcyjnej córce Marshalla France’a – trzydziestosześcioletniej Annie. Na pewno jest to kobieta o silnej osobowości, wiedząca, czego chce, o przeszłości dość tajemniczej, (po zawodzie miłosnym w latach młodości „przemykająca z kąta w kąt, zawsze w czarnych jedwabnych sukniach, z rozpuszczonymi włosami. Zwykle z Kafką albo Kierkegaardem pod pachą”). Do tego jest kobietą z dużym apetytem seksualnym, potrafiącą „pieprzyć” się z dwoma mężczyznami prawie że w tym samym czasie. Nic dziwnego, że nijaki Tom, pomimo twierdzenia, że kocha swoją koleżankę/przyjaciółkę Sax, zaczyna spotykać się z Anną nie tylko po to, by poznać szczegóły dotyczące życia jej ojca, ale również po to, by – gdy przyjdzie opamiętanie – poczuć się „jak szmata”. Czytelnik ma więc i trochę psychologii, co też według mnie może być atutem tej książki. A jeśli przyjrzeć się Saxony Gardne, to jej tragedia co wrażliwsze osoby może i do łez doprowadzić. Książkę czyta się bez większego wysiłku, z uśmiechem na ustach za sprawą zarówno dość specyficznego humoru, jak i lekkości pióra Jonathana Carroll’a. Choć początkowo wydawało mi się, że to niezłe czytadło „na raz”, myślę, że jest to dobre wprowadzenie do zapoznania się z kolejnymi pozycjami tego autora. Polecam!

Teraz czytam

Księgi Jakubowe
Olga Tokarczuk
Wrogowie publiczni
Bernard-Henri Levy
Einstein
Walter Isaacson
Einstein. Jego życie, jego wszechświat
Walter Isaacson